Dlaczego warto wziać udział?

Jolanta oraz Adrian, twórcy Klubu Seniorek i Seniorów Nowoczesnych przy Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, opowiadają o swoim udziale w konkursie “Seniorzy w akcji”.

Klub Seniorek i Seniorów Nowoczesnych to wspólnota seniorów zainteresowanych sztuką współczesną. Członkowie mają szansę lepiej rozumieć nowoczesną sztukę, poszerzyć wiedzę oraz rozwijać kreatywność podczas wykładów na temat historii sztuki współczesnej i powiązanych z nimi warsztatami plastycznymi. 

Dlaczego warto wziąć udział?

Wiesława oraz Roma, animatorki i uczestniczki kilku projektów społecznych, dzielą się refleksjami na temat udziału w konkursie „Seniorzy w akcji”.

Wiesława oraz Roma, animatorki i uczestniczki kilku projektów społecznych, dzielą się refleksjami na temat udziału w konkursie „Seniorzy w akcji”.

Więcej o projekcie “Uwolnić marzenia”: TUTAJ

Trzeba dobrze słuchać

“Halofon” to inicjatywa, która zrzesza wolontariuszy (prawników, psychologów, pedagogów) pełniących dyżury telefoniczne dla osób starszych. 

– Dzwoni się z uśmiechem, tak żeby ktoś po drugiej stronie słuchawki ten uśmiech usłyszał. Dzień dobry, jak się dziś pan lub pani czuje? A potem już idzie. Od serca – mówią wolontariuszki i wolontariusze „Halofonu”.

Zaczęło się od „Telefonu Życzliwości dla Seniorów”. Powołali go wspólnie: Fundacja Subvenio, Urząd Miasta Łodzi i grupa wolontariuszy, wśród których znajdują się prawnicy, psychologowie i osoby po 60-tce. Takie, które chcą i potrafią słuchać. Pod numer, dostępny na stronie Urzędu Miasta, dzwonią seniorzy, którzy potrzebują wsparcia psychologicznego, porady prawnej, a często – chwili uwagi i rozmowy, która podniesie ich na duchu. Takie osoby wybierają numer czasem po kilka, kilkanaście razy w miesiącu. To z myślą o nich powstał „Halofon”.

– To są ludzie bardzo samotni. Często – skonfliktowani z rodziną, albo mieszkający daleko od swoich bliskich. Zdarzają się osoby mocno schorowane. Jeden z naszych podopiecznych jest po poważnej operacji neurologicznej, nie porusza się samodzielnie – mówi Maria Kowalska-Kwiatkowska, jedna z wolontariuszek. „Halofon” do programu „Seniorzy w Akcji” został zgłoszony z inicjatywy wolontariuszy w 2018 roku. – Ten pomysł przyszedł naturalnie. Zapytaliśmy osoby, które regularnie dzwoniły do „Telefonu Życzliwości”, czy życzyłyby sobie, byśmy to my do nich dzwonili. Wiedzieliśmy, że potrzebują bardziej stałej uwagi  – dodaje Maria.

– „Halofon” powstał z potrzeby wsparcia grupy naszych stałych „telefonicznych” podopiecznych – mówi Sylwia Zawadowska, która dołączyła do projektu jako koordynatorka w lutym 2020 roku. – Nasi wolontariusze zwrócili się do tych osób, które często dzwoniły pod numer „Telefonu Życzliwości”, z pytaniem, czy chciałyby trafić pod skrzydła „Halofonu”. Takie odwrócenie sytuacji, kiedy to my dzwonimy do podopiecznego, znaczy wbrew pozorom bardzo wiele. Sprawia, że nasi podopieczni czują się dla kogoś ważni – podkreśla Sylwia. To działa w dwie strony. Wolontariuszkami i wolontariuszami „Halofonu” są osoby 60+. „Telefon Życzliwości” i „Halofon” to dla nich ważne doświadczenie. – Są potrzebni, mają ważne zadania do wykonania, czują, że ich doświadczenie może komuś pomóc – dodaje Sylwia.

Wolontariusze dyżurują w „Centrum Zdrowego i Aktywnego Seniora w Łodz”i. Mają tu swój pokój, na biurku – telefon stacjonarny (to wciąż działający i bardzo potrzebny „Telefon Życzliwości”) oraz dwa telefony komórkowe, z których dzwonią do „halofonowych” podopiecznych. Seniorzy dyżurują w parach, czasem w trójkach. Towarzystwo drugiej osoby jest ważne – nie tylko umila czas, ale przydaje się, gdy osoba po drugiej stronie słuchawki ma problem. A takie sytuacje zdarzają się także. Stąd regularne spotkania i warsztaty wolontariuszy z psychologami.

– Dajemy z siebie wszystko, ale są rozmówcy, którzy np. potrafią mówić godzinami. Nie potrafiłam przerwać takiej osobie. Czułam, że nie potrzebuje nic ode mnie usłyszeć. Psycholog wytłumaczył nam, jak przerwać taki monolog, jak pilnować własnych granic. Bo te rozmowy bywają dla nas niekiedy wyczerpujące lub trudne psychicznie – tłumaczy Maria Kowalska-Kwiatkowska. Grażyna Jagodzka dodaje: – Musimy być asertywni, bo wśród naszych rozmówców, szczególnie w „Telefonie Życzliwości”, zdarzają się osoby, które nie chcą z nami rozmawiać. Chcą tylko do nas mówić, a to różnica. Dla nas ważny jest i ten dialog, i ten monolog. My także staramy się coś do tych rozmów wnosić – podkreśla.

W „Halofonie” działa stała grupa około 11 wolontariuszek i wolontariuszy. Niektórzy, tak jak pani Jolanta, zostali wciągnięci do działania przez znajomych. Ale są też takie historie, jak ta Tadeusza Rokickiego. – Sam dzwoniłem do „Telefonu Życzliwości”. Potrzebowałem wsparcia i rozmowy. Jedna z wolontariuszek zaproponowała mi, żebym odwiedził Centrum Seniora – i zacząłem brać udział w zajęciach. Pewnego dnia usłyszałem: „Może byś chciał zostać wolontariuszem „Halofonu”? Koleżanki pana Rokickiego dodają ze śmiechem: – Wszystkie chcemy z nim dyżurować. Zawsze jest wesoło!

Pytam, czy lepiej rozmawia mu się z mężczyznami, czy z kobietami.
– Powiem inaczej, panie bardzo lubią ze mną rozmawiać. Staram się je rozweselić, podbudować psychicznie, mnie też pomogła kiedyś taka rozmowa – mówi.

Podopieczni „Halofonu” pochodzą w większości z Łodzi, ale – tak jak w przypadku osób dzwoniących do „Telefonu Życzliwości”, coraz częściej zdarzają się osoby z innych miejscowości. Nie bez znaczenia jest tu również pandemia koronawirusa. Uwięzieni w domach przez obostrzenia i lęk przed zakażeniem, seniorzy szczególnie mocno odczuli skutki izolacji. Podczas wiosennej fali zachorowań wolontariusze działalność „Halofonu” przenieśli do swoich domów, ponieważ biuro zostało zamknięte. Okazało się, że w tym trudnym czasie możliwość porozmawiania z kimś jest jeszcze cenniejsza, jeszcze bardziej potrzebna.

– Zdarzało mi się bardzo przeżywać takie rozmowy, zwłaszcza gdy wiedziałam, że osoba, z którą rozmawiam, potrzebuje realnej pomocy, np. w zakupach. Starałam się pomóc jak umiałam – mówi Grażyna Jagodzka. A co z sytuacjami, gdy wolontariusze pomóc nie potrafią? – Wtedy mówimy to wprost. Albo prosimy o trochę czasu i konsultujemy się ze specjalistami – mówią.

Dla Jolanty Dratwickiej „Halofon” nie jest pierwszym doświadczeniem wolontariatu. Pomagała już wcześniej, w hospicjum dziecięcym. – To doświadczenie, które zostaje w człowieku. W hospicjum nie można działać bez przerwy, trzeba na jakiś czas od tego odpocząć, albo odejść. Po tym doświadczeniu czułam wciąż potrzebę działania. Na warsztatach teatralnych dla seniorów ktoś powiedział mi o „Halofonie”. Postanowiłam spróbować – nie wiedziałam, czy się sprawdzę – opowiada. I dodaje: – Moi rodzice nie dożyli wieku senioralnego. Nie miałam wprawy w rozmowach i wspieraniu starszych osób. Ale lubię i potrafię rozmawiać. I słuchać – podkreśla.

A słuchać nie można byle jak. Nie można milczeć jak kamień, bo osoba po drugiej stronie słuchawki zapyta w końcu: „Słucha mnie pani?”. Musi być zainteresowanie, od czasu do czasu pytanie, przytaknięcie, ale słyszalne: „Rozumiem”. To pomaga się otworzyć. Pani Jolanta dodaje:
– Niedawno rozmawiałam z jedną z podopiecznych, która w pewnym momencie zaczęła dzielić się ze mną bardzo intymną historią. Poczułam, że czuje się ze mną bezpiecznie. Są rzeczy, których nie opowie się bliskim. Po tej rozmowie pani powiedziała, że jeszcze nigdy, nikomu tego nie opowiedziała. Nie wiem, jak wygląda, nigdy się nie spotkałyśmy, ale dzielimy teraz to ważne doświadczenie.

Czasem wolontariusze i podopieczni tworzą stałe „pary”, czasem jeden podopieczny rozmawia z różnymi wolontariuszami. – Między rozmówcami musi być chemia, jak w życiu – mówi Grażyna Jagodzka, a Sylwia Zawadowska dodaje: – Wiem o jednej sytuacji, gdy nasza wolontariuszka i podopieczny spotkali się w realnym życiu. Pan został zaproszony na Dni Seniora, pojawił się z bukietem kwiatów, był bardzo szczęśliwy, że wyszedł do ludzi. Nie było mu łatwo przełamać się, ale z tego, co wiem, to doświadczenie dużo dla niego znaczyło.

„Halofon” był realizowany w ramach dwóch edycji programu „Seniorzy w Akcji”. Obecnie wspierany jest, podobnie jak „Telefon Życzliwości”, przez Urząd Miasta Łodzi. O „Halofonie” głośno było w lokalnych mediach, pojawiają się sygnały, że w innych miastach planowane są podobne inicjatywy. Gdy rozmawiamy z wolontariuszami „Halofonu”, trwa jesienne nasilenie pandemii. Biuro znów zostało zamknięte, ale telefony komórkowe, tak jak poprzednio, od razu zostały rozdysponowane między wolontariuszy. Nierzadko zdarza się, że ktoś z nas dzwoni do podopiecznych z prywatnych telefonów, jeśli akurat halofonowe dyżurują u innych. Czujemy się z tymi ludźmi związani. Nie trzeba kogoś widzieć, by nawiązać z nim więź. Trzeba tylko umieć dobrze słuchać – mówią.

Tekst: Dorota Borodaj

Więcej o projekcie “Halofon”: https://seniorzywakcji.pl/projekty/halofon/

Organizujemy życie od spodu

Teraz tak naprawdę nie wiadomo, ile z życia, w którym moglibyśmy świadomie uczestniczyć, zabrała nam pandemia. Jesteśmy ludźmi starszymi, to już nie jest wiek rozwojowy – Zosia zwierza się Tomkowi w rozmowie telefonicznej. Po zakończeniu rozmowy Tomek pomyślał: nie zgadzam się, aby ci ludzie przestali mieć wpływ na swoją rzeczywistość. Zosia później powie, że zupełnie tej rozmowy nie pamięta, a Tomek wyjaśni, że w ich parze to on jest od tego, aby zapamiętywać złote myśli.

Zosia i Tomek od września 2019 roku prowadzili na skierniewickim osiedlu Rawka projekt „Fabryka pomysłów”. Ona współzałożycielka Klubu Seniora Rawka i wieloletnia pracowniczka Skierniewickich Zakładów Budowy Urządzeń Odpylających i Wentylacyjnych „Rawent” mieszczących się na Rawce. On nauczyciel w liceum i instruktor teatralny. Wyczulony na ludzi.Przede wszystkim chcieliśmy wyciągnąć seniorów z domu, po to, aby na swoim osiedlu mogli mieć własne święto – tłumaczy Zosia, a Tomek dodaje: punktem wspólnym wszystkich działań były wspomnienia z czasów PRL. Na ich podstawie chcieliśmy zrobić przedstawienie. W planach była też wystawa fotograficzna dotycząca  zakładu produkcyjnego „Rawent” i rozmarza się: koce w kratę, woda z saturatora. Punktem kulminacyjnym miał być piknik dla całych Skierniewic.

Jednak, gdy w lutym przyszła pandemia, a seniorów zamknięto w domach, wszelki ruch społeczny uległ zamrożeniu. W naszych uczestnikach zupełnie padł zapał – wspomina Tomek. Od marca do czerwca nie mieliśmy spotkań. My z Zosią dalibyśmy radę online, ale zadaliśmy sobie pytanie: po co? Chcieliśmy, aby nasi seniorzy poczuli, że nadal mają wpływ na rzeczywistość. Świetnie zadziałało szydełkowanie w domach i konsultacje przez telefon – dodaje Zosia. Seniorki do siebie dzwoniły, wysyłały zdjęcia z pytaniami. Ich rękodzieło nawiązywało do czasów PRL, to były obrusy, serwety, jaśki, makatki i broszki. Seniorzy i seniorki dobrze znają tę metodę upiększania rzeczywistości. Większość z nich mieszka lub mieszkała w mieszkaniach robotniczych. W tych przestrzeniach potrzeba upiększania rodziła się naturalnie – puentuje Zosia.

Fot. Natalia Zwolińska

Nie wszyscy uczestnicy wciągnęli się w szydełkowanie. Niektórzy woleli zaangażować się w szukanie zdjęć  na wystawę o zakładzie. To zawsze był pretekst do spotkań, chociaż w czasie pandemii dużo trudniej było je inicjować. Dlatego wspólnie z Zosią staliśmy się prowokatorami spaceru po fabryce, który w ogóle nie był wpisany w projekt – zaznacza Tomek.

Fot. Klub Seniora ‘Rawka’

Proustowska magdalenka

Dziś na teren dawnego  zakładu „Rawent” może wejść każdy. I nie powita go tu żaden szyld czy tablica informacyjna. Zakład, który był jednym z trzech największych miejsc pracy w Skierniewicach, ogłosił upadłość w 2002 roku. W jednej z hal zorganizowano wysypisko śmieci, w innej produkcja działa w bardzo ograniczonym zakresie, prowadzona przez prywatną firmę. Niektóre z przestrzeni są wynajmowane, inne stoją puste. Biurowiec, w którym mieściła się stołówka zamieniono na hotel robotniczy, a na dole otwarto “Biedronkę”.

Natura ten teren wzięła w posiadanie. Wszystko spada i gnije – zauważa Alina, gdy mijamy kolejne jabłonki pełne dojrzałych jabłek. Proponuje plecaczek otworzyć i zebrać te jabłka. Są naprawdę przepyszne – dodaje przełykając pierwsze kęsy. Mnie ptaki rozpraszają –  przyznaje Tomek – One mają tu jak u siebie. A Marceli dodaje: sześć lat temu zakładałem ograniczniki udźwigu na suwnice pomiędzy dwiema głównymi halami.

@Roman Bednarek, zbiory Klubu Seniora Rawka

Z plecakiem pełnym jabłek i głosem ptaków w uszach patrzę na przestrzeń zarośniętą krzakami i nic nie widzę. Nie muszę pytać, bo Marceli tłumaczy sam. Nie ma teraz po tych suwnicach śladu –  wyjaśnia kręcąc głową – jeszcze czterdzieści lat temu w momencie największego rozkwitu zakładu pracowało tutaj, razem z uczniami przyzakładowej szkoły, ponad 2000 osób. Trafiłem do działu konstruktorskiego po studiach. Wziąłem stypendium rawentowskie i potem musiałem dwa lata przepracować. Zostałem na dłużej. Gdy zaczęło się źle dziać razem z innymi inżynierami założyliśmy własną firmę Rawekon. Nasz szyld, już wyblakły, znajdzie pani jeszcze na budynku dawnej stołówki.

Faktycznie, gdy zgodnie ze wskazaniem nawigacji zaparkowałam przy Biedronce i zdezorientowana wyszłam z auta to pierwsze co utwierdziło mnie w przekonaniu, że jestem w dobrym miejscu to właśnie był ten szyld.

@Roman Bednarek, zbiory Klubu Seniora Rawka

 A ja na tę stołówkę przychodziłam razem z dziećmi po jedzenie –  wspomina Alina kończąc jabłko. Mąż pracował w zakładzie osiemnaście lat jako spawacz. Ale na głównej hali pierwszy raz w życiu byłam w tym roku, podczas spaceru w ramach „Fabryki pomysłów”. Teraz zostały tylko dwa betonowe słupy, ale wcześniej była brama i stróżówka. Bez przepustki wejść się nie dało. Mieszkanie rawentowskie dostaliśmy w tych blokach naprzeciwko stołówki.  Mama bardzo płakała i pytała: gdzie ty dziecko jedziesz na wieś? Stąd drogą do centrum Skierniewic jest jedenaście kilometrów. W latach 60. tych była to wioska Grabina. Mieszkaliśmy wtedy na 4. piętrze i dzieci na pytanie: „Gdzie mieszkacie?” odpowiadały: „Na drabinie pod dachem”. Całe życie mieliśmy zorganizowane: przedszkole, sklep, telefony, własne autobusy, tramwaje, nawet stacja CPN. Razem wyjeżdżaliśmy na wczasy pracownicze! – dodaje Zosia. Pracowałam w „Rawencie” dwadzieścia cztery lata. Najpierw w księgowości, ale ja mam tak, że jak długo gdzieś jestem to mnie niesie. Potem w dziale zbytu, a na końcu przeszłam do działu eksportu.  Byłam świadkiem, jak zakład sprzedawał maszyny w cenie złomu. Przedsiębiorca, który otworzył maleńką firemkę pożyczał dźwig Rawentowi, który ten  sprzedał mu za symboliczną złotówkę. Nikt nie zadbał o ten majątek wypracowany przez całe nasze dorosłe życie. To było bulwersujące – zaznacza.

@Roman Bednarek, zbiory Klubu Seniora Rawka

Tomek od jedenastu lat jest nauczycielem w porawentowskiej, średniej szkole. Gdy zacząłem tutaj pracować, okolica straszyła. Budynki stały puste. Ludziom nic się nie chciało. Wykwalifikowani fachowcy szli pracować do ochrony, a kobiety przechodziły na rentę.

Gdy był grudzień 2000 roku i mróz – zaczyna kolejną opowieść Zosia –  a nasza kotłownia przestała działać, bo nie było w niej węgla, sama maczałam w tym palce, aby ją uruchomić. Ale po transformacji często czułam się bezradna. Nie wiedziałam, jak nasze życie było organizowane od spodu. Oczywiście chodziłam na kursy pod tytułem „Jak założyć własną firmę”, ale prawda jest taka, że moje najlepsze lata życia spędziłam w zakładzie, na teren którego przez wiele lat nie miałam wstępu.

@Klub Seniora Rawka

Rozmawiamy o tym wszystkim stojąc tuż obok nieistniejącej bramy, przed halą produkcyjną. Dziś sobota –  stwierdza Tomek –  więc pewnie będzie zamknięta, ale chociaż pokażemy korytarz. Jest niski i wąski. Mieści się w nim cała nasza sześcioosobowa grupa. Wtedy Zosia zaczyna wspominać zainaugurowany przez nich spacer: Uświadomiliśmy sobie, że wiele osób nie było wewnątrz hali produkcyjnej od zamknięcia zakładu. A pracowali tu często ponad dwadzieścia lat – zaznacza Zosia. Chcieliśmy, aby uczestnicy spaceru ponownie mogli zobaczyć hale od środka. Pewnego dnia po prostu zebrałam się i przyszłam tutaj, zakładając, że najwyżej mnie wygonią. Dostaliśmy zgodę na wejście.

@Roman Bednarek, zbiory Klubu Seniora Rawka

I weszliśmy – dodaje Tomek. Ludzie  chcieli zobaczyć jak po tylu latach wygląda miejsce pracy, które ich w dużej mierze ukształtowało. Chcieli opowiedzieć o tym, co jest solą ich życia. Mówiliśmy wszystkim, że na spacerze będzie kamera. Ale ludzie nie przyszli po to, aby wystąpić przed kamerą. Wielu z nich  powiedziało krótki komentarz do przekazywanych zdjęć, ale na konkretne pytania już nie odpowiadało.

Gdy Tomek opowiada, któreś z nas naciska klamkę i okazuje się, że mimo soboty hala produkcyjna nie jest zamknięta. Wsuwam stopę i głowę w przestrzeń pełną żelaza, odpryskującej farby i rdzy. Zachwycam się rozmiarami hali i jej częściowo przeszklony dachem.

Pamiętam taki moment, że wchodzimy na halę, wszystko huczy, a pani Albina ma łzy w oczach i pokazuje palcem na suwnicę, tam wchodziłam – wspomina dalej Zosia. Nie mieliśmy scenariusza – tłumaczy Tomek. Po prostu chcieliśmy, aby ten spacer był doświadczeniem, które obudzi pamięć tych ludzi. I to się udało. Dopiero jak pojawiał się punkt zaczepienia, taka proustowska magdalenka, to za nią szedł ciąg przypomnień i dygresji. Opowieść żyła. Ktoś zaczynał wspominać, nagle zza jego pleców wyrywał się ktoś inny z hasłem „to ja jeszcze dodam”. W żadnych innych okolicznościach nie dostalibyśmy tych opowieści.

@Roman Bednarek, zbiory Klubu Seniora Rawka

Ze spaceru powstał film nagrany przez panna Włodka, kamerzystę, uczestnika projektu związanego z klubem seniora. Montażem zajęli się uczniowie klas graficznych dawnej szkoły porawentowskiej. Uzyskane zdjęcia pokazano na wystawie, która została zaprezentowana w dostępnym dla wszystkich  holu głównym Kinoteatru Polonez w Skierniewicach.

Przestaliśmy się siebie wstydzić

Najwięcej ludzi szukało się na zdjęciach z osiedlowego przedszkola – opowiada Tomek. W pewnym momencie było takie zagęszczenie osób wokół tych zdjęć, że odwiedzający wystawę klęczeli na podłodze i próbowali odnaleźć siebie lub swoich bliskich.  Tu mamy integrację pod chmurką i plac zabaw – opowiada Zosia wskazując na fotografię. Ta rakieta  na placu zabaw była robiona z metalowych rur, których używano do produkcji konstrukcji w zakładzie. Zaledwie dwa lata temu została rozebrana, bo ktoś zgłosił, że jest niebezpieczna dla dzieci

A tu jest moja obecna szkoła i pierwsza klasa żeńska. To zdjęcie jako jedyne mieliśmy całe podpisane – mówi z dumą Tomek. Wiedzieliśmy, kto na nim jest z imienia i nazwiska. Natomiast te osoby są nie do odnalezienia, bo wszystkie nazwiska były panieńskie – dodaje ze śmiechem. A tu jest Anna Walentynowicz, zaprzyjaźniła się z jednym z pracowników zakładu. On był w podziemiu solidarnościowym, ukrył sztandar zakładowy, grożono mu śmiercią dzieci. „Ja wam nie powiem, gdzie to było schowane, bo to się może jeszcze przydać” – mówił oglądając nasze zdjęcia.

@Roman Bednarek, zbiory Klubu Seniora Rawka

Struktury solidarnościowe w naszej fabryce tworzyły się długo przed strajkami. W czerwcu i sierpniu pojawiły się strajki na Wybrzeżu i wtedy po miesiącu cały zakład był zwerbowany,  płacił składki i był w Solidarności. To co było szeptane, mówione po cichu zaczęło się wydobywać na wierzch. No i potem nadszedł grudzień 1981 roku. Obudziłam się rano, a tu nie ma radia, nie ma telewizji, wszystko odcięte. Podobne uczucie, jak w tym roku w marcu, gdy wybuchła pandemia  – wspomina Zosia.

@zbiory Klubu Seniora Rawka

Okazało się, że  dużo osób, które zaangażowało się w powstanie wystawy:  wiceprezydent miasta, wicedyrektorka centrum kultury, które było organizacją wspierającą projekt czy graficzka, która przygotowywała plansze na wystawę, wszyscy byli z zakładem lub z osiedlem związani poprzez swoje rodziny, które na Rawce mieszkały lub pracowały w „Rawencie”.

Osoby, które przychodziły na wernisaż przynosiły zdjęcia w kopercie. Okazało się, że wiele osób identyfikuje się z „Rawentem”, jego historia jest bardzo żywa i ciągle nieopowiedziana – tłumaczy Tomek. „Rawent” przez swoich pracowników w ogóle nie był nazywany fabryką. Mówiło się: zakład produkcyjny lub zakład przemysłowy – wyjaśnia Zosia. Dla nas słowo „fabryka” bardziej odnosi się do mechanizmu, który ciągle pracuje – dodaje Tomek. Docelowo chcielibyśmy stworzyć lokalny inkubator pomysłów. To jeszcze przed nami. Trafił nam się trudny moment pandemii, ale dzięki niemu mamy poczucie, że przestaliśmy się siebie wstydzić – mówi Zosia. Jeśli będziemy chcieli to na pewno się ze sobą spotkamy.

Autor: Joanna Mikulska

Więcej o działaniach w ramach projektu “Fabryka Pomysłów”:

Video “Barwne cudeńka” o rękodzielniczych pracach seniorów:

https://www.facebook.com/watch/?v=366843094513877

Wystawa fotografii i rękodzieła:

https://skierniewice.naszemiasto.pl/skierniewicki-rawent-historia-zakladu-w-fotografiach-jego/ar/c1-7918943

https://skierniewice.naszemiasto.pl/dwie-wystawy-w-klubie-seniora-rawka-obie-niezwykle-ciekawe/ar/c1-7915623

Spacer po zakładzie “Rawent”:

https://skierniewice.naszemiasto.pl/seniorzy-z-rawki-odwiedzili-swe-byle-miejsca-pracy-zdjecia/ar/c1-7901847

A SKĄD: opowiadania mieszkańców Kosewa

Animatorki Hanna Szymborska i Aleksandra Dybkowska-Grefkowicz poprzez rodzinne historie inspirowały do działań międzypokoleniowych: dialogu i odkrywania siebie nawzajem, zachowywania i popularyzowania historii mieszkańców. Projekt obejmował cykl warsztatów o uważnym słuchaniu i opowiadaniu międzypokoleniowo o tym, co dla nas ważne. Powstało wspólne dzieło – książka o historiach mieszkanek i mieszkańców oraz o życiu na mazurskiej wsi. Uczestniczki są autorkami opowiadań cytowanych w książce, miały wpływ na kształt publikacji.

Zostały także nagrane trzy podcasty z opowiadaniami uczestniczek:

A skąd! Opowiadania mieszkańców Kosewa odc. 1, Aleksandra (soundcloud.com)

A Skąd! Opowiadania mieszkańców Kosewa odc. 2, Aleksandra (soundcloud.com)

A Skąd! cz. 3., Aleksandra | Aleksandra Dybkowska-Grefkowicz | Słuchanie bezpłatnie w SoundCloud