Zauważać miasto

Huśtawka z sentencją, wiersz w formie gry w klasy na portowym bulwarze, instalacja na cmentarzu, murale nawiązujące do historii miasta i osobistych wspomnień. Projekt „na mieście w (kon)tekście” to dziesięć street-artowych realizacji przygotowanych przez międzypokoleniową grupę działającą w Szczecinie pod kierunkiem Róży Czerniawskiej-Karcz i Kingi Rabińskiej. Z autorkami projektu rozmawia Agnieszka Pajączkowska.

  FF6C9774

Kingo, Różo, skąd się znacie?

Kinga: Byłam zastępcą dyrektora w Inkubatorze Kultury, który w Szczecinie wspiera organizacje pozarządowe. Związek Literatów Polskich wprowadził się tam jako jeden z pierwszych, a Róża była wtedy jego prezeską. Od początku bardzo się polubiłyśmy i zaprzyjaźniłyśmy.

Róża: Jak prezeska z dyrektorką! (śmiech) Naszym pierwszym wspólnym działaniem był transparent z wierszem, który wygrał Szczecińską Wiosnę Poezji. Miał długość dwóch pięter, do dziś wędruje po różnych budynkach Szczecina.

Czyli już wcześniej łączyłyście słowa z przestrzenią miejską. Czy stąd pomysł, aby w projekcie sięgnąć po street art?

Kinga: Stowarzyszenie „Oswajanie sztuki”, w którym działam, od dawna miało ideę, aby wychodzić z twórczymi działaniami w przestrzeń publiczną. Street art kojarzy się z graffiti, z muralami, ale nie chcieliśmy, aby to były tylko malunki. Sztuka ulicy to także instalacje, działania tymczasowe, performatywne.

Róża: Street art początkowo kojarzył się nam z dewastacją, wandalizmem, napisami na ścianach. To się jednak zmienia. Seniorzy miewają do miejskiej przestrzeni podejście niemal jak do świętości. Kiedyś tabliczka „Szanuj zieleń” oznaczała, że na trawnik nie można wchodzić. Teraz trawników chętnie się używa do pikników, spędzania razem czasu.

Kim byli uczestnicy projektu?

Róża: To dwie grupy, które znały się wcześniej. Młodzież to podopieczni Miejskiego Ośrodka Socjoterapii, z niektórymi Kinga pracowała przy poprzednim projekcie. Seniorzy znali się ze Związku Literatów. Gdyby grupy były z otwartego naboru, proces na pewno byłby większym wyzwaniem. Zbudowanie wspólnoty, poczucia bezpieczeństwa w grupie wymagałyby więcej czasu.

Kinga: Co ważne, dla obu grup street art był nieznanym tematem, ziemią niczyją. Wszyscy startowali z tego samego poziomu i to ich do siebie zbliżyło. Nie było tak, że starsi uczą młodszych lub na odwrót. Oczywiście, do wymiany dochodziło. Choćby wtedy, gdy młodzi jako poezję przynosili hip-hop, a starsi doradzali jak skutecznie wypalać napis w drewnie.

Co musiało się wydarzyć, aby uczestnicy zapoznali się z ideą street artu?

Kinga: Wiele osób wchodząc do projektu, nie wiedziało, czego oczekiwać. Zaczęliśmy od tego, co nam wspólne, czyli relacji ze Szczecinem. Wymienialiśmy się wspomnieniami i osobistymi doświadczeniami. Zanim zaplanowaliśmy interwencje, każdy z nas wybrał miejsce ważne dla niego osobiście. To nas zbliżyło. Potem szukaliśmy tekstów: ważnych dla nas cytatów, sentencji, fragmentów.

Róża: Mieliśmy też grupę na Facebooku, na którą Kinga wrzucała przykłady różnych realizacji sztuki ulicy. To był nasz wspólny zasób inspiracji i wiedzy, że takie rzeczy dzieją się na świecie.

Kinga: Zaprosiliśmy też do współpracy Akademię Sztuki. Artyści i wykładowcy pomogli nam zrozumieć, że sensem street artu jest dokumentacja, podobnie jak w performensie. To działania, które często mają charakter tymczasowy, dzieją się w przestrzeni publicznej, miejskiej, a nie prywatnej i mogą budzić reakcje. Trzeba się pogodzić z tym, że praca może zostać skrytykowana lub zniknąć.

Róża: Dla seniorów spotkanie w Akademii Sztuki było ważne, zmieniło ich sposób patrzenia na sztukę ulicy. Nie do wszystkiego ich przekonano, ale byli zadowoleni, że mogli się z tym zetknąć na poziomie akademickim.

Ale zorganizowałyście też spotkanie z Łoną, szczecińskim raperem.

Róża: Bardzo chętnie przyjął zaproszenie na spotkanie. Grupie seniorskiej nie był znany. Okazał się sympatycznym, mądrym człowiekiem, wyważonym w sądach i wypowiedziach. Nam się hip-hop z taką postawą nie kojarzył. Posłuchałam jego tekstów – wcale nie były tak obrazoburcze jak sobie wyobrażałam. On się bawi słowem, to też jest poezja. Młodzi kojarzyli Łonę, ale niekoniecznie go słuchali. Oni też go odkryli dla siebie.

Różo, jesteś poetką. Czy ważne dla ciebie było, aby w projekcie pojawiły się wiersze?

Róża: Już po pierwszym spotkaniu, gdy wyszło, że młodzi nie bardzo się do poezji garną, rozszerzyłyśmy ją o słowo. Stąd pomysł na spotkanie z Łoną – młodzi zrozumieli, że wiele gatunków jest poezją.

Kinga: Poprzynosili swoje inspiracje. Młoda dziewczyna „mleko i miód” Rupi Kaur, inna wiersz amerykańskiego poety, a jedna z seniorek Mickiewicza. Zależało nam na uruchomieniu kreatywności w używaniu słowa. Pomogły nam w tym warsztaty z Loesje. Uczestnicy doświadczyli, że sztuką jest nie tylko napisanie wiersza, ale zwracanie uwagi na słowa, gromadzenie ich, zestawianie ze sobą w nowe znaczenia. Na spotkaniu świątecznym wszyscy dostali notesiki do zapisywania inspiracji. Podziałało. Przykładowo, jedna z bardziej przejmujących sentencji, umieszczona przez młodego twórcę w instalacji na cmentarzu, to cytat ze SpongeBoba, czyli kreskówki. Brzmi: „Dlaczego ci, którzy świecą najjaśniej, gasną jako pierwsi?”.

FF6C9829

Czy ważne było dla was, aby włączać w projekt edukację historyczną? Opowiadać o przeszłości Szczecina?

Róża: Ważniejsze było, aby działanie dotyczyło osobistych wspomnień, a nie oficjalnej historii. Młodzi by się w tym nie odnaleźli. Zresztą historia oficjalna jest już opisana, a wspomnienia często nie.

Kinga: Jeśli edukacja o historii miasta towarzyszyła temu projektowi, to w tle, przy okazji. Ważniejsze było dla nas, aby uczestnicy doświadczyli, że miasto jest ich, że je współtworzą swoimi małymi decyzjami. Ale też żeby zrozumieli, że Szczecin jest jaki jest także przez swoją przeszłość. To jednak wyszło od uczestników, gdybyśmy to narzucały, nic by z tego nie było.

Jakie powstały interwencje?

Kinga: Niektóre były krótkotrwałe. Andżelika wyścieliła poduszkami ławkę. Na każdej z nich był fragment wiersza. Zniknęły po kilku godzinach. Wiedzieliśmy, że tak się stanie. Street artem bywają działania, które są efemeryczne. Huśtawka w parku wisiała niecały miesiąc. Ktoś ją zabrał, ale nie uznajemy tego za porażkę. Miesiąc to długo, tym bardziej, że wisiała w miejscu o tak zwanej złej sławie, a jednak wiele osób z niej skorzystało. Takie projekty mogą zwiększać zaufanie ludzi do siebie i powodować radość z dzielenia przestrzeni publicznej. Tyle, że stopniowo.

Róża: Niektóre projekty były naturalnie międzypokoleniowe, jak gra w klasy Klaudii. To jest gra z naszych czasów, ale młodzi też ją znają. Klaudia ubrała w tę formę wiersz o miłości, ważny dla niej i umieszczony w miejscu, w którym spotykają się młodzi.

FF6C9838

Kinga: Powstały też murale na ścianach lub chodnikach. Część z nich istnieje do dziś, podobnie jak wspomniana instalacja na cmentarzu.

Róża: Te interwencje nie są spektakularne, wymagają uważności, ale zawsze pasują do kontekstu miejsca. Nazwałyśmy projekt „na mieście w (kon)tekście”. Tekst, który wybieramy gra z kontekstem miasta, miejsca i naszej osobistej z nim relacji. Dlatego Róża na Różance, plaster drewna na zalesionym cmentarzu i hasło „Spiesz się powoli” w miejscu, z którego odjeżdżają busy do mniejszych miejscowości, a zarazem znajduje się na ul. Świętego Ducha, obok kościoła.

Rozumiem, że potrzebowałyście pozwoleń na te realizacje. Jak instytucje publiczne i miasto reagowały na wasze pomysły?

Kinga: Miasto bez problemu pozwoliło nam zrobić malunek na odnowionym bulwarze w porcie. Baliśmy się o instalację na cmentarzu, a dostaliśmy pozwolenie na umieszczenie jej w centralnym miejscu. Wśród 10 projektów jedno miejsce, które wybraliśmy, nie zgodziło się na realizację.

Róża: To było centrum krwiodawstwa. Hasło, które wybrała seniorka to „Miej serce i podaruj serce”. Pasowało idealnie, był nawet pomysł, aby wykonanie napisu połączyć z akcją edukacyjną, zachęcającą do oddawania krwi. Ostatecznie dyrekcja się nie zgodziła argumentując, że na żadnym innym budynku użyteczności publicznej w Szczecinie nie ma czegoś podobnego. Ostatecznie napis powstał na terenie Inkubatora Kultury.

Kinga: Jedna interwencja powstała nielegalnie, na chodniku przed garnizonem wojskowym. Miał przyjechać generał, odmówiono nam. Napis powstał w innym terminie, w środku dnia. Nie mieliśmy pozwolenia, ale się z tym nie kryliśmy.

Co możecie poradzić osobom, które chciałyby realizować podobny projekt, który wymaga pozwoleń z instytucji miejskich?

Kinga: Trzeba na to zaplanować czas w projekcie, przygotować się na tłumaczenie, składanie podań. Moja rada jest taka, aby nie bać się odmów. Na 99% jakaś się zdarzy, wtedy trzeba próbować w innym miejscu. Ostatecznie można coś zrobić bez zgody, z nadzieją, że dobra intencja działania zostanie zrozumiana przez mieszkańców.

FF6C9888

Czy w Szczecinie street art istnieje, jest rozumiany?

Kinga: Mamy w Szczecinie kilka murali. Nie mamy dzieła street artowego, które wrosło w tkankę miasta i jest używane, lubiane, rozpoznawane przez mieszkańców. Trudno się więc dziwić, że dla niektórych to idea nowa, budząca opór.

Co jeszcze okazało się wyzwaniem?

Róża: Gonił nas czas. Realizacja działań zaczęła się później, niż zakładałyśmy. Teraz wiemy, że to normalne, że pracujemy z ludźmi, którzy mają życie osobiste i sprawy zdrowotne. Ale na pewnym etapie było to powodem nerwów. Łatwo o napięcia, gdy jest mało czasu, a działać trzeba szybko.

Kinga: Był też taki moment, kiedy uczestnicy skonfrontowali swoje pomysły z możliwością ich realizacji. Niektórym zależało, aby fizyczne tworzenie obiektów było zależne całkowicie od nich. Miałam dużą obawę, aby powiedzieć komuś, że to, co przygotował nie jest wystarczająco dobre. Nie dlatego, że mi się nie podoba, ale dlatego, że będzie wystawione w przestrzeni publicznej i jakość wykonania musi być super. Ważne było zrozumienie, że działania twórcze to także koncepcja, pomysł, a w wykonaniu warto wesprzeć się pomocą osób, które wiedzą jaką dobrać farbę, aby nie zeszła, jak wykonać stół z pleksi lub jak wyciąć kształt z drewna, aby dobrze wyglądał. Oczywiście, byłoby idealnie, gdyby uczestniczka, która wymyśliła poduszki z cytatami mogła je samodzielnie uszyć. Ale trudno się uczyć takich rzeczy od zera, jeśli czas goni, a nam zależy na dobrym efekcie. Jej pracą twórczą był pomysł, stworzenie projektu, wybór miejsca, cytatów, kolorów i kształtów. Wprost rozmawiałyśmy o tym z uczestnikami. Zrozumieli, że rezygnacja z wykonania obiektu własnymi rękoma, nie oznacza, że to jest mniej „ich” dzieło. Wspólnie podjęliśmy też decyzję, że nasze interwencje nie będą podpisane. Istotą street artu bywa anonimowość i efemeryczność, coś się pojawia i znika.

Róża: Trudna była też synchronizacja. Z czasem zaczęliśmy pracować w podgrupach, bo nie udałoby się do przygotowania każdej realizacji zebrać wszystkich uczestników. Zrezygnowałyśmy również z finałowego spaceru. Chcieliśmy oprowadzić mieszkańców po wszystkich interwencjach, ale to nie byłoby możliwe, te miejsca są za daleko od siebie.

A jak układała się praca grupowa?

Róża: Od pierwszego spotkania mówiliśmy sobie po imieniu. Młodym zajęło to trochę czasu, ale seniorzy mieli do nich dobre podejście. Było jasne, żeby się nad nimi nie rozczulać, nie oceniać, nie pouczać. Była otwartość i akceptacja, szacunek.

Kinga: Młodzież z MOS-u nie lubi autorytetów pewnie jeszcze bardziej niż przecięta młodzież. Początkowo trzymali dystans, potrzebowali czasu, aby poczuć, że sytuacja jest partnerska. Konieczna jest otwartość i elastyczność, aby taki kontakt był możliwy.

Róża: Dużo sobie o sobie opowiadaliśmy. Wybierając miejsca i fragmenty ważnych dla nas tekstów bardzo się przed sobą odkrywaliśmy. Każdy pomysł omawialiśmy wspólnie. Przykładowo, jedna z uczestniczek znalazła świetny amerykański wiersz o uchodźcach, z czasów powstawania Stanów Zjednoczonych. Chciała go umieścić na starym urzędzie repatriacyjnym, zestawić z historią Szczecina jako miasta zasiedlonego w 1945 roku. Uznaliśmy w toku dyskusji, że ten fragment, bez kontekstu całego wiersza, może zostać odebrany – wbrew intencji autorki – jako krytyka wobec uchodźców. Wspólnie o tym dyskutowaliśmy, ale ostatecznie ona zdecydowała o zmianie swojej koncepcji.

Co wynikło z projektu?

Kinga: W naszym działaniu ważny był proces, dokumentacja i doświadczenie samych uczestników. Nie każdy musi być artystą, ale każdy może działać w przestrzeni i wyrażać swoje zdanie. Doświadczenie projektu uczy, że miasto jest dobrem wspólnym, że możemy razem w nim działać. To rozwija postawę obywatelską, gotowość do partycypacji w sprawach miasta i jego społeczności. Uczy, że możemy mieć wpływ. Należy jednak znać zasady, możliwości, ewentualne ograniczenia.

FF6C9685

Czy w tym procesie coś was szczególnie zaskoczyło?

Róża: Że nie musimy się tak ściśle trzymać zakładanych planów, do których byłyśmy początkowo bardzo przywiązane. To podczas szkolenia w Warszawie zrozumiałyśmy, że warto mieć plan B, że czasami lepiej ominąć przeszkodę, ale dojść do celu. Praca twórcza z grupą to proces, który wymaga elastyczności. To było dla mnie nowe, tym bardziej, że wiele lat byłam nauczycielką.

Kinga: Obie pracowałyśmy wcześniej przy innych projektach, zwykle wskaźniki są świętością. Teraz rozumiemy, że zmiany są konieczne, że nie oznaczają porażki, ale świadczą o autentyczności procesu. Dwukrotnie przedłużałyśmy czas realizacji projektu i dostawałyśmy zgodę oraz zrozumienie. Czułyśmy duże zaufanie i wsparcie. Super, że możemy mówić, jak było naprawdę. W Polsce zmiany bywają odbierane jako „porażka”, a na zachodzie to jest nauka, dzielenie się doświadczeniem.

Jak zmieniła się wasza relacja?

Kinga: Bardzo się zbliżyłyśmy. W Warszawie podczas warsztatów miałyśmy bardzo ważne, głębokie rozmowy. Poczułam się jakbym miała drugą mamę, bo moi rodzice mieszkają poza Szczecinem.

Róża: Jesteśmy zabiegane, zaangażowane w różne działania, ale pozostajemy w stałym kontakcie. Jak wiem, że Kinga je obiad o 22, to mi się matczyne serce kraje. Chcemy dalej działać razem, ale teraz potrzebujemy czasu, aby nadgonić inne sprawy, trochę odpocząć.

Czym teraz, po doświadczeniu całego projektu, jest dla Ciebie, Różo, street art?

Róża: W tej sztuce nie chodzi tylko o estetykę, o ozdabianie, o to, że ma być ładniej. Street art to punkty w przestrzeni miasta, które zatrzymają przechodnia. Skupiają uwagę i są zaproszeniem do refleksji. Chodzi o to, aby zauważać miasto, a nie po nim przechodzić; aby dostrzegać coś, czego nie widziało się wcześniej.

FF6C9708

Tekst i zdjęcia: Agnieszka Pajączkowska

Data wpisu
21.01.2019

Zobacz także:

  FF6C9774

Kingo, Różo, skąd się znacie?

Kinga: Byłam zastępcą dyrektora w Inkubatorze Kultury, który w Szczecinie wspiera organizacje pozarządowe. Związek Literatów Polskich wprowadził się tam jako jeden z pierwszych, a Róża była wtedy jego prezeską. Od początku bardzo się polubiłyśmy i zaprzyjaźniłyśmy.

Róża: Jak prezeska z dyrektorką! (śmiech) Naszym pierwszym wspólnym działaniem był transparent z wierszem, który wygrał Szczecińską Wiosnę Poezji. Miał długość dwóch pięter, do dziś wędruje po różnych budynkach Szczecina.

Czyli już wcześniej łączyłyście słowa z przestrzenią miejską. Czy stąd pomysł, aby w projekcie sięgnąć po street art?

Kinga: Stowarzyszenie „Oswajanie sztuki”, w którym działam, od dawna miało ideę, aby wychodzić z twórczymi działaniami w przestrzeń publiczną. Street art kojarzy się z graffiti, z muralami, ale nie chcieliśmy, aby to były tylko malunki. Sztuka ulicy to także instalacje, działania tymczasowe, performatywne.

Róża: Street art początkowo kojarzył się nam z dewastacją, wandalizmem, napisami na ścianach. To się jednak zmienia. Seniorzy miewają do miejskiej przestrzeni podejście niemal jak do świętości. Kiedyś tabliczka „Szanuj zieleń” oznaczała, że na trawnik nie można wchodzić. Teraz trawników chętnie się używa do pikników, spędzania razem czasu.

Kim byli uczestnicy projektu?

Róża: To dwie grupy, które znały się wcześniej. Młodzież to podopieczni Miejskiego Ośrodka Socjoterapii, z niektórymi Kinga pracowała przy poprzednim projekcie. Seniorzy znali się ze Związku Literatów. Gdyby grupy były z otwartego naboru, proces na pewno byłby większym wyzwaniem. Zbudowanie wspólnoty, poczucia bezpieczeństwa w grupie wymagałyby więcej czasu.

Kinga: Co ważne, dla obu grup street art był nieznanym tematem, ziemią niczyją. Wszyscy startowali z tego samego poziomu i to ich do siebie zbliżyło. Nie było tak, że starsi uczą młodszych lub na odwrót. Oczywiście, do wymiany dochodziło. Choćby wtedy, gdy młodzi jako poezję przynosili hip-hop, a starsi doradzali jak skutecznie wypalać napis w drewnie.

Co musiało się wydarzyć, aby uczestnicy zapoznali się z ideą street artu?

Kinga: Wiele osób wchodząc do projektu, nie wiedziało, czego oczekiwać. Zaczęliśmy od tego, co nam wspólne, czyli relacji ze Szczecinem. Wymienialiśmy się wspomnieniami i osobistymi doświadczeniami. Zanim zaplanowaliśmy interwencje, każdy z nas wybrał miejsce ważne dla niego osobiście. To nas zbliżyło. Potem szukaliśmy tekstów: ważnych dla nas cytatów, sentencji, fragmentów.

Róża: Mieliśmy też grupę na Facebooku, na którą Kinga wrzucała przykłady różnych realizacji sztuki ulicy. To był nasz wspólny zasób inspiracji i wiedzy, że takie rzeczy dzieją się na świecie.

Kinga: Zaprosiliśmy też do współpracy Akademię Sztuki. Artyści i wykładowcy pomogli nam zrozumieć, że sensem street artu jest dokumentacja, podobnie jak w performensie. To działania, które często mają charakter tymczasowy, dzieją się w przestrzeni publicznej, miejskiej, a nie prywatnej i mogą budzić reakcje. Trzeba się pogodzić z tym, że praca może zostać skrytykowana lub zniknąć.

Róża: Dla seniorów spotkanie w Akademii Sztuki było ważne, zmieniło ich sposób patrzenia na sztukę ulicy. Nie do wszystkiego ich przekonano, ale byli zadowoleni, że mogli się z tym zetknąć na poziomie akademickim.

Ale zorganizowałyście też spotkanie z Łoną, szczecińskim raperem.

Róża: Bardzo chętnie przyjął zaproszenie na spotkanie. Grupie seniorskiej nie był znany. Okazał się sympatycznym, mądrym człowiekiem, wyważonym w sądach i wypowiedziach. Nam się hip-hop z taką postawą nie kojarzył. Posłuchałam jego tekstów – wcale nie były tak obrazoburcze jak sobie wyobrażałam. On się bawi słowem, to też jest poezja. Młodzi kojarzyli Łonę, ale niekoniecznie go słuchali. Oni też go odkryli dla siebie.

Różo, jesteś poetką. Czy ważne dla ciebie było, aby w projekcie pojawiły się wiersze?

Róża: Już po pierwszym spotkaniu, gdy wyszło, że młodzi nie bardzo się do poezji garną, rozszerzyłyśmy ją o słowo. Stąd pomysł na spotkanie z Łoną – młodzi zrozumieli, że wiele gatunków jest poezją.

Kinga: Poprzynosili swoje inspiracje. Młoda dziewczyna „mleko i miód” Rupi Kaur, inna wiersz amerykańskiego poety, a jedna z seniorek Mickiewicza. Zależało nam na uruchomieniu kreatywności w używaniu słowa. Pomogły nam w tym warsztaty z Loesje. Uczestnicy doświadczyli, że sztuką jest nie tylko napisanie wiersza, ale zwracanie uwagi na słowa, gromadzenie ich, zestawianie ze sobą w nowe znaczenia. Na spotkaniu świątecznym wszyscy dostali notesiki do zapisywania inspiracji. Podziałało. Przykładowo, jedna z bardziej przejmujących sentencji, umieszczona przez młodego twórcę w instalacji na cmentarzu, to cytat ze SpongeBoba, czyli kreskówki. Brzmi: „Dlaczego ci, którzy świecą najjaśniej, gasną jako pierwsi?”.

FF6C9829

Czy ważne było dla was, aby włączać w projekt edukację historyczną? Opowiadać o przeszłości Szczecina?

Róża: Ważniejsze było, aby działanie dotyczyło osobistych wspomnień, a nie oficjalnej historii. Młodzi by się w tym nie odnaleźli. Zresztą historia oficjalna jest już opisana, a wspomnienia często nie.

Kinga: Jeśli edukacja o historii miasta towarzyszyła temu projektowi, to w tle, przy okazji. Ważniejsze było dla nas, aby uczestnicy doświadczyli, że miasto jest ich, że je współtworzą swoimi małymi decyzjami. Ale też żeby zrozumieli, że Szczecin jest jaki jest także przez swoją przeszłość. To jednak wyszło od uczestników, gdybyśmy to narzucały, nic by z tego nie było.

Jakie powstały interwencje?

Kinga: Niektóre były krótkotrwałe. Andżelika wyścieliła poduszkami ławkę. Na każdej z nich był fragment wiersza. Zniknęły po kilku godzinach. Wiedzieliśmy, że tak się stanie. Street artem bywają działania, które są efemeryczne. Huśtawka w parku wisiała niecały miesiąc. Ktoś ją zabrał, ale nie uznajemy tego za porażkę. Miesiąc to długo, tym bardziej, że wisiała w miejscu o tak zwanej złej sławie, a jednak wiele osób z niej skorzystało. Takie projekty mogą zwiększać zaufanie ludzi do siebie i powodować radość z dzielenia przestrzeni publicznej. Tyle, że stopniowo.

Róża: Niektóre projekty były naturalnie międzypokoleniowe, jak gra w klasy Klaudii. To jest gra z naszych czasów, ale młodzi też ją znają. Klaudia ubrała w tę formę wiersz o miłości, ważny dla niej i umieszczony w miejscu, w którym spotykają się młodzi.

FF6C9838

Kinga: Powstały też murale na ścianach lub chodnikach. Część z nich istnieje do dziś, podobnie jak wspomniana instalacja na cmentarzu.

Róża: Te interwencje nie są spektakularne, wymagają uważności, ale zawsze pasują do kontekstu miejsca. Nazwałyśmy projekt „na mieście w (kon)tekście”. Tekst, który wybieramy gra z kontekstem miasta, miejsca i naszej osobistej z nim relacji. Dlatego Róża na Różance, plaster drewna na zalesionym cmentarzu i hasło „Spiesz się powoli” w miejscu, z którego odjeżdżają busy do mniejszych miejscowości, a zarazem znajduje się na ul. Świętego Ducha, obok kościoła.

Rozumiem, że potrzebowałyście pozwoleń na te realizacje. Jak instytucje publiczne i miasto reagowały na wasze pomysły?

Kinga: Miasto bez problemu pozwoliło nam zrobić malunek na odnowionym bulwarze w porcie. Baliśmy się o instalację na cmentarzu, a dostaliśmy pozwolenie na umieszczenie jej w centralnym miejscu. Wśród 10 projektów jedno miejsce, które wybraliśmy, nie zgodziło się na realizację.

Róża: To było centrum krwiodawstwa. Hasło, które wybrała seniorka to „Miej serce i podaruj serce”. Pasowało idealnie, był nawet pomysł, aby wykonanie napisu połączyć z akcją edukacyjną, zachęcającą do oddawania krwi. Ostatecznie dyrekcja się nie zgodziła argumentując, że na żadnym innym budynku użyteczności publicznej w Szczecinie nie ma czegoś podobnego. Ostatecznie napis powstał na terenie Inkubatora Kultury.

Kinga: Jedna interwencja powstała nielegalnie, na chodniku przed garnizonem wojskowym. Miał przyjechać generał, odmówiono nam. Napis powstał w innym terminie, w środku dnia. Nie mieliśmy pozwolenia, ale się z tym nie kryliśmy.

Co możecie poradzić osobom, które chciałyby realizować podobny projekt, który wymaga pozwoleń z instytucji miejskich?

Kinga: Trzeba na to zaplanować czas w projekcie, przygotować się na tłumaczenie, składanie podań. Moja rada jest taka, aby nie bać się odmów. Na 99% jakaś się zdarzy, wtedy trzeba próbować w innym miejscu. Ostatecznie można coś zrobić bez zgody, z nadzieją, że dobra intencja działania zostanie zrozumiana przez mieszkańców.

FF6C9888

Czy w Szczecinie street art istnieje, jest rozumiany?

Kinga: Mamy w Szczecinie kilka murali. Nie mamy dzieła street artowego, które wrosło w tkankę miasta i jest używane, lubiane, rozpoznawane przez mieszkańców. Trudno się więc dziwić, że dla niektórych to idea nowa, budząca opór.

Co jeszcze okazało się wyzwaniem?

Róża: Gonił nas czas. Realizacja działań zaczęła się później, niż zakładałyśmy. Teraz wiemy, że to normalne, że pracujemy z ludźmi, którzy mają życie osobiste i sprawy zdrowotne. Ale na pewnym etapie było to powodem nerwów. Łatwo o napięcia, gdy jest mało czasu, a działać trzeba szybko.

Kinga: Był też taki moment, kiedy uczestnicy skonfrontowali swoje pomysły z możliwością ich realizacji. Niektórym zależało, aby fizyczne tworzenie obiektów było zależne całkowicie od nich. Miałam dużą obawę, aby powiedzieć komuś, że to, co przygotował nie jest wystarczająco dobre. Nie dlatego, że mi się nie podoba, ale dlatego, że będzie wystawione w przestrzeni publicznej i jakość wykonania musi być super. Ważne było zrozumienie, że działania twórcze to także koncepcja, pomysł, a w wykonaniu warto wesprzeć się pomocą osób, które wiedzą jaką dobrać farbę, aby nie zeszła, jak wykonać stół z pleksi lub jak wyciąć kształt z drewna, aby dobrze wyglądał. Oczywiście, byłoby idealnie, gdyby uczestniczka, która wymyśliła poduszki z cytatami mogła je samodzielnie uszyć. Ale trudno się uczyć takich rzeczy od zera, jeśli czas goni, a nam zależy na dobrym efekcie. Jej pracą twórczą był pomysł, stworzenie projektu, wybór miejsca, cytatów, kolorów i kształtów. Wprost rozmawiałyśmy o tym z uczestnikami. Zrozumieli, że rezygnacja z wykonania obiektu własnymi rękoma, nie oznacza, że to jest mniej „ich” dzieło. Wspólnie podjęliśmy też decyzję, że nasze interwencje nie będą podpisane. Istotą street artu bywa anonimowość i efemeryczność, coś się pojawia i znika.

Róża: Trudna była też synchronizacja. Z czasem zaczęliśmy pracować w podgrupach, bo nie udałoby się do przygotowania każdej realizacji zebrać wszystkich uczestników. Zrezygnowałyśmy również z finałowego spaceru. Chcieliśmy oprowadzić mieszkańców po wszystkich interwencjach, ale to nie byłoby możliwe, te miejsca są za daleko od siebie.

A jak układała się praca grupowa?

Róża: Od pierwszego spotkania mówiliśmy sobie po imieniu. Młodym zajęło to trochę czasu, ale seniorzy mieli do nich dobre podejście. Było jasne, żeby się nad nimi nie rozczulać, nie oceniać, nie pouczać. Była otwartość i akceptacja, szacunek.

Kinga: Młodzież z MOS-u nie lubi autorytetów pewnie jeszcze bardziej niż przecięta młodzież. Początkowo trzymali dystans, potrzebowali czasu, aby poczuć, że sytuacja jest partnerska. Konieczna jest otwartość i elastyczność, aby taki kontakt był możliwy.

Róża: Dużo sobie o sobie opowiadaliśmy. Wybierając miejsca i fragmenty ważnych dla nas tekstów bardzo się przed sobą odkrywaliśmy. Każdy pomysł omawialiśmy wspólnie. Przykładowo, jedna z uczestniczek znalazła świetny amerykański wiersz o uchodźcach, z czasów powstawania Stanów Zjednoczonych. Chciała go umieścić na starym urzędzie repatriacyjnym, zestawić z historią Szczecina jako miasta zasiedlonego w 1945 roku. Uznaliśmy w toku dyskusji, że ten fragment, bez kontekstu całego wiersza, może zostać odebrany – wbrew intencji autorki – jako krytyka wobec uchodźców. Wspólnie o tym dyskutowaliśmy, ale ostatecznie ona zdecydowała o zmianie swojej koncepcji.

Co wynikło z projektu?

Kinga: W naszym działaniu ważny był proces, dokumentacja i doświadczenie samych uczestników. Nie każdy musi być artystą, ale każdy może działać w przestrzeni i wyrażać swoje zdanie. Doświadczenie projektu uczy, że miasto jest dobrem wspólnym, że możemy razem w nim działać. To rozwija postawę obywatelską, gotowość do partycypacji w sprawach miasta i jego społeczności. Uczy, że możemy mieć wpływ. Należy jednak znać zasady, możliwości, ewentualne ograniczenia.

FF6C9685

Czy w tym procesie coś was szczególnie zaskoczyło?

Róża: Że nie musimy się tak ściśle trzymać zakładanych planów, do których byłyśmy początkowo bardzo przywiązane. To podczas szkolenia w Warszawie zrozumiałyśmy, że warto mieć plan B, że czasami lepiej ominąć przeszkodę, ale dojść do celu. Praca twórcza z grupą to proces, który wymaga elastyczności. To było dla mnie nowe, tym bardziej, że wiele lat byłam nauczycielką.

Kinga: Obie pracowałyśmy wcześniej przy innych projektach, zwykle wskaźniki są świętością. Teraz rozumiemy, że zmiany są konieczne, że nie oznaczają porażki, ale świadczą o autentyczności procesu. Dwukrotnie przedłużałyśmy czas realizacji projektu i dostawałyśmy zgodę oraz zrozumienie. Czułyśmy duże zaufanie i wsparcie. Super, że możemy mówić, jak było naprawdę. W Polsce zmiany bywają odbierane jako „porażka”, a na zachodzie to jest nauka, dzielenie się doświadczeniem.

Jak zmieniła się wasza relacja?

Kinga: Bardzo się zbliżyłyśmy. W Warszawie podczas warsztatów miałyśmy bardzo ważne, głębokie rozmowy. Poczułam się jakbym miała drugą mamę, bo moi rodzice mieszkają poza Szczecinem.

Róża: Jesteśmy zabiegane, zaangażowane w różne działania, ale pozostajemy w stałym kontakcie. Jak wiem, że Kinga je obiad o 22, to mi się matczyne serce kraje. Chcemy dalej działać razem, ale teraz potrzebujemy czasu, aby nadgonić inne sprawy, trochę odpocząć.

Czym teraz, po doświadczeniu całego projektu, jest dla Ciebie, Różo, street art?

Róża: W tej sztuce nie chodzi tylko o estetykę, o ozdabianie, o to, że ma być ładniej. Street art to punkty w przestrzeni miasta, które zatrzymają przechodnia. Skupiają uwagę i są zaproszeniem do refleksji. Chodzi o to, aby zauważać miasto, a nie po nim przechodzić; aby dostrzegać coś, czego nie widziało się wcześniej.

FF6C9708

Tekst i zdjęcia: Agnieszka Pajączkowska

">

Newsletter