Otulić zielenią zabytkowe podwórka / HISTORIE PROJEKTÓW

Reportaż Martyny Mierneckiej.

Zofia Chlebowska dowiedziała się o programie „Seniorzy w akcji” z ogłoszenia radiowego. –Zima była – opowiada. – Weszłam na stronę internetową, przeczytałam regulamin. No i stwierdziłam, że trzeba to zrobić. Zawsze pasjonowałam się aranżacją ogrodów, w dodatku już wcześniej napisałam projekt dotyczący starych podwórek, miałam pomysł, żeby tamtych biednych ludzi obsadzić zielenią. Ale prezydent mi to wyrzucił do kosza. E, jego sprawa. I seniorzy się właśnie pojawili na antenie. Wystarczyło to tylko przerobić.

1

 

Zofia Chlebowska ma bogate doświadczenie zawodowe – kierowała biurem PTTK w Kazimierzu Dolnym, prowadziła własną kawiarnię i restaurację w Lublinie, założyła wraz z mężem stację montującą instalacje samochodowe. Od niedawna jest na emeryturze. – Muszę czymś ten czas wypełnić – mówi. – Muszę coś robić, muszę coś robić, robić, robić. Taki przymus wewnętrzny – przyznaje. Projekt „Otulić zielenią zabytkowe podwórka” zgłosiła do konkursu wraz z grudziądzkim oddziałem Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Na pytanie o to, jak wspomina spotkanie z komisją, Zofia odpowiada: – O kurde, brzuch mnie bolał! Ale udało się – zdobyli 10 tysięcy złotych na upiększenie miejskich podwórek. Zorganizowali warsztaty z zagospodarowania zielenią przestrzeni podwórek, giełdy wymiany roślin i sprzętu ogrodniczego, konkurs plastyczny dla dzieci.

Miasto kiedyś słynęło z zieleni. – Nawet Mościcki przyjeżdżał do nas i oglądał, jak ulice mogą być zadrzewione, jak balkony mogą tonąć w kwiatach – przekonuje Zofia. – Zauważyłam, że ludzie bez końca gadają o tym na Facebooku, och, jak by to dobrze było, żeby… żeby… żeby… No to bierzcie się, bierzcie się do pracy! Gdyby co roku, w pięciu, siedmiu czy dziesięciu miejscach mieszkańcy skrzyknęli się i sami, we własnym zakresie działali, okazałoby się, że znów mamy mnóstwo pięknych, zielonych terenów. I my to zrobimy. Takimi małymi krokami, my zapełnimy ten teren.

2

Mieszkańcy Grudziądza działają poza strukturami rządowymi. Natrafiają na opór ze strony ratusza, mają problemy z uzyskiwaniem pozwoleń na sadzenie rabat. Władze lubią ogromne inwestycje, takie akcje to żadne wyzwanie dla nich, ale i tak lokalni działacze mają pod górkę. – Tylko wejdziesz do urzędu, to już jesteś trup – narzeka Zofia. – Tam się nawet krzesła nie podnoszą – dodaje jej kolega. – Ale my ich wyleczymy. Jak widać, można i to ominąć – mówią. Wydaje się, że walka z władzą dodatkowo ich jednoczy i mobilizuje do dalszych działań. Mimo utrudnionej współpracy z urzędnikami szukają innych rozwiązań. Zofia ma już pomysł na nowy projekt. Poczekam. Teraz się władza zmieni, to, co do głowy wpadnie, będzie można realizować. Zrobię to w przyszłym roku. Zrobię! Zawzięłam się!

Potencjał jest niesamowity, a niezagospodarowanego terenu – wyjątkowo dużo. Dlaczego warto się nimi zająć? Wpływ terenów zielonych na dobrostan mieszkańców jest oczywisty – poprawia się stan zdrowia, długość życia, komfort psychiczny, odczuwanie bezpieczeństwa. Odpowiednio wkomponowane tereny zieleni tworzą przestrzeń przyjazną wszystkim mieszkańcom – także tym w podeszłym wieku. Wskazują na to autorzy publikacji Miasto dla wszystkich. Szkice o przestrzeni publicznej w perspektywie starzenia się społeczeństwa. Rozpoznając potrzeby i ograniczenia starzejących się ludzi, a zatem uwzględniając zarówno fizyczne, jak i psychiczne zmiany związane z wiekiem, badacze zwracają uwagę na konieczność projektowania przyjemnej i wygodnej przestrzeni publicznej w mieście. Nawet niewielki pas zieleni odgradzający chodnik nie jest bez znaczenia – może ułatwiać poruszanie się po mieście, bo stanowi barierę akustyczną i wizualną, buduje poczucie bezpieczeństwa, pomaga oswajać okolicę, sprawia, że jest ona bardziej kameralna.

Badacze przekonują, że „ogrodoterapia” będzie jeszcze skuteczniejsza, jeśli starsi ludzie będą ją uprawiać samodzielnie. Nie chodzi bowiem tylko o „twarde” działania z kręgu dużych inwestycji architektoniczno-urbanistycznych, ale też o lokalną aktywizację społeczną. Warto zwrócić uwagę na popularność ruchu miejskiego ogrodnictwa – formuły skierowanej do wszystkich mieszkańców miasta (np. warszawskie inicjatywy: Ogród Powszechny, Zielony Jazdów, Miasto i Ogród w Norblinie). Samodzielne uprawianie rabat ma znaczenie zdrowotne. Oprócz tego, że człowiek jest w w ruchu, kontempluje naturę: zyskuje kontakt z różnymi fakturami, barwami, kształtami, ma możliwość oglądania, słuchania, wąchania, dotykania ziemi, roślin, wody. Specjalne, tworzone przez niego kompozycje mogą mieć działanie terapeutyczne. Sadzenie rabat we własnej okolicy to wreszcie okazja do spotkania – zarówno z bliskimi, jak i nieznajomymi osobami. Dzięki temu umacniają się więzi między mieszkańcami, wzrasta pozytywne nastawienie do danego miejsca i lokalnej społeczności.

3

Tak rozumiana przestrzeń publiczna jest polityczna – może oznaczać pewną skuteczność wpływania na relacje społeczne. Projekty kulturalne w niej realizowane wynikają z traktowania kultury jako twórczej działalności w kręgu lokalnych społeczności i środowisk. Kultura staje się narzędziem do przeprowadzania zmian społecznych, dzięki którym peryferyjna grupa może zabrać głos i odzyskać podmiotowość. Właśnie taki charakter ma grudziądzki projekt. W jego ramach seniorzy mogą wyjść z domu, sami stworzyć okazję i przestrzeń do spotkania. To odpowiedź na realny problem. Zofia ubolewała bowiem, że wiele ludzi w starszym wieku zamyka się w domu, wychodzi z niego raz na tydzień, potem coraz rzadziej, w końcu – raz na trzy tygodnie. „Gdyby-coś-się-działo”, powtarzają jak zaklęcie. – A co chcielibyście, żeby się działo – pyta ich Zofia. – No, może jakiś ruch na świeżym powietrzu. I stąd się to bierze. Wtedy zaczynam myśleć, co by tych ludzi mogło z domów wyciągnąć i ucieszyć. Okazuje się, że chcą wychodzić, chcą robić coś sensownego, chcą być pożyteczni – stwierdza Zofia. Jako liderka działań stara się skupiać na procesie współtworzenia projektu, w mniejszym stopniu na jego efekcie: – Dlaczego chcę to robić, po co to robię? Dla siebie to robię. A to wszystko, co się dzieje wokół, to jest wspólne, wynika z racji tego, że ludziom się chce. Chce się przyjść i tak spędzać czas. A to jest dobre nawet jesienią i zimą – a to w jednej kawiarence, a to w drugiej, a to na sali, na podwórku, a to u jednej pani w domu. Zawsze kawa, ciasteczko. I gadamy, gadamy, gadamy. W zasadzie tej roboty to wyjdzie na trzy godziny, a cała otoczka wokół niej – to to jest ważne.

Co ciekawe, takiego podejścia Zofia nauczyła się na spotkaniach z animatorami z Towarzystwa „ę” podczas dwóch warsztatów organizowanych w Warszawie dla wszystkich uczestników programu. – Ja jestem z gatunku tych ludzi, którzy, gdy mają jakiś cel do osiągnięcia, to idą najszybciej i po prostej, zapominając, że ludzie lubią jednak powoli – przyznaje Zofia. – Wie pani, gonienie króliczka okazuje się ważniejsze niż jego złapanie. Tego się właśnie na warsztatach dowiedziałam i nauczyłam. Nie pędź tak, nie ma powodu. Spokojnie. Zrób z tego święto. Celebruj. Ci ludzie potrzebują się spotkać. Przekonać się, że warto wyjść z domu, że warto wypielić ten ogródek.

4

Zofia dobrze wspomina współpracę z „ę”, zwłaszcza wspomniane warsztaty w Warszawie: – A! Podobało mi się tam! Wszystko! – ożywia się. – Gromadnie, taka mała burza mózgów. Każdy coś mówi, każdy coś podpowiada. Czy coś bym zmieniła? Chciałabym jeszcze bardziej ludzi pootwierać. Byli tacy nieśmiali, bez wiary w to, że to, co powiedzą, to nie będzie śmieszne, nikt tego nie wykpi. Prowadzący warsztaty tak powolutku, małymi krokami, zaczęli z nimi pracować. Myślałam, że takie rzeczy załatwia się jednym-dwoma spotkaniami, a to nie. To trzeba powolutku.

Oprócz warsztatów w Warszawie, uczestnicy programu mogą korzystać ze wsparcia tzw. Latającego Animatora Kultury z „ę”, ale Zofia nie mogła wycelować z terminem dla tego, jak go określa, Latającego Holendra. Jest za to w stałym kontakcie z Karoliną Plutą, animatorką indywidualnie wspierającą projekt. – Pani Karolina to mnie inspiruje jednym hasłem. Ciągle mówi: zadbaj o siebie – opowiada Zofia. – Mam poskładać ludzi, a sama tylko dać info co i gdzie. W sumie, gdybym tych ludzi policzyła, to ja uzbierałam około siedemdziesięciu osób. Niektóre się powtarzają, przychodzą jeszcze raz. Na przykład tych czterech – przychodzą kolejny raz, po prostu polubili to, chcą tu być. Ten, co tu zdjęcia robi, Stasiu, bardzo mi pomagał. Dwa bloki z ulotkami obleciał. Myślę, że oni, jak ja już to zakończę, sami zostaną małymi liderami i dalej będą to robić. Ja w to wierzę.

***

5

– Nieee, Kaziu, nie spóźniłeś się! Zaraz tu drzewka przyjadą, rozładujemy je, Ela już wbija paliki. Jeszcze musimy zjeść kiełbaskę, piwko wypić, no. Młody, a ty się znowu za lekko ubrałeś. Zaraz będziesz chory!

23 kwietnia 2016 roku Zofia organizuje kolejną „zieloną” akcję. Tym razem jest to duże zadanie przy ulicy Kasprzyckiego w Grudziądzu: sadzenie zieleni na osiedlowym rondzie i jednej rabacie. Akcja zaczyna się o godzinie 11, wcześniej niż planowano, z obawy przed deszczem. Jest już kilkanaście starszych osób, o 12 dociera jeszcze więcej, przyłączają się dwie młode mieszkanki osiedla, w tym jedna w kozakach na wysokich obcasach.

 

– A ja – mówi Kaziu – dostałem cynk od żony, że mogę iść lekko ubrany, bo jest ciepło. – No dobrze, rękawiczki, Kaziu, pod słupem, pod latarnią leżą. Do pracy!

 

W działaniach mieszkańców widać ogromny zapał i zaangażowanie. Są nastawieni przede wszystkim na cel, ale też na integrację, na przykład przy grillu i narzekaniu na władze miasta. Zofia jest wyjątkowo otwartą, skuteczną liderką. Mówi, że wciąż uczy się procesu tworzenia pewnej wspólnoty ludzi – jak się okazuje, z pozytywnym skutkiem. Typ promowanych przez nią działań jest okazją do bycia razem – budowania zaufania społecznego i poczucia zaangażowania wobec siebie nawzajem, a także wobec otoczenia. Mieszkańcy w czasie akcji przy ulicy Kasprzyckiego żartobliwie kojarzą swoją inicjatywę z czynem społecznym. Jakkolwiek nie traktują poważnie jej ewentualnych źródeł w przedwojennym socjalizmie, wytwarza się między nimi niesamowita energia: – Ktoś mówi: a jeszcze to, a jeszcze to. W zasadzie to wszystko samo się dzieje!. Idziemy, bierzemy łopaty, grabie, sadzimy!

 

Działania grudziądzkich seniorów przełamują stereotypy wiekowe, które utrwalają obraz starszej osoby jako takiej, która nie posiada już żadnych idei, traci łączność z ludźmi, nie przejawia entuzjazmu dla zebrań towarzyskich, zwłaszcza międzypokoleniowych. Seniorzy w Grudziądzu reagują zgoła inaczej: – A, robimy sobie selfie! Młody, gdzie, co ja mam nacisnąć? Czego ty ode mnie wymagasz? – Zosia, zrób zdjęcie, wrzucimy na naszą stronę! Tylko musisz jeszcze opis dodać. Ja cię nauczę!

„Seniorzy w akcji” sami wcielają się w animatorów kultury. W kontrze do arogancji władzy, traktującej ich przedmiotowo, aktywnie wpływają na otaczającą ich rzeczywistość i zachęcają do tego innych – z nadzieją na trwałe zmiany społeczne.

tekst: Martyna Miernecka

fot.A.Liminowicz

Data wpisu
20.07.2016

Zobacz także:

 

Zofia Chlebowska ma bogate doświadczenie zawodowe – kierowała biurem PTTK w Kazimierzu Dolnym, prowadziła własną kawiarnię i restaurację w Lublinie, założyła wraz z mężem stację montującą instalacje samochodowe. Od niedawna jest na emeryturze. – Muszę czymś ten czas wypełnić – mówi. – Muszę coś robić, muszę coś robić, robić, robić. Taki przymus wewnętrzny – przyznaje. Projekt „Otulić zielenią zabytkowe podwórka” zgłosiła do konkursu wraz z grudziądzkim oddziałem Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Na pytanie o to, jak wspomina spotkanie z komisją, Zofia odpowiada: – O kurde, brzuch mnie bolał! Ale udało się – zdobyli 10 tysięcy złotych na upiększenie miejskich podwórek. Zorganizowali warsztaty z zagospodarowania zielenią przestrzeni podwórek, giełdy wymiany roślin i sprzętu ogrodniczego, konkurs plastyczny dla dzieci.

Miasto kiedyś słynęło z zieleni. – Nawet Mościcki przyjeżdżał do nas i oglądał, jak ulice mogą być zadrzewione, jak balkony mogą tonąć w kwiatach – przekonuje Zofia. – Zauważyłam, że ludzie bez końca gadają o tym na Facebooku, och, jak by to dobrze było, żeby… żeby… żeby… No to bierzcie się, bierzcie się do pracy! Gdyby co roku, w pięciu, siedmiu czy dziesięciu miejscach mieszkańcy skrzyknęli się i sami, we własnym zakresie działali, okazałoby się, że znów mamy mnóstwo pięknych, zielonych terenów. I my to zrobimy. Takimi małymi krokami, my zapełnimy ten teren.

2

Mieszkańcy Grudziądza działają poza strukturami rządowymi. Natrafiają na opór ze strony ratusza, mają problemy z uzyskiwaniem pozwoleń na sadzenie rabat. Władze lubią ogromne inwestycje, takie akcje to żadne wyzwanie dla nich, ale i tak lokalni działacze mają pod górkę. – Tylko wejdziesz do urzędu, to już jesteś trup – narzeka Zofia. – Tam się nawet krzesła nie podnoszą – dodaje jej kolega. – Ale my ich wyleczymy. Jak widać, można i to ominąć – mówią. Wydaje się, że walka z władzą dodatkowo ich jednoczy i mobilizuje do dalszych działań. Mimo utrudnionej współpracy z urzędnikami szukają innych rozwiązań. Zofia ma już pomysł na nowy projekt. Poczekam. Teraz się władza zmieni, to, co do głowy wpadnie, będzie można realizować. Zrobię to w przyszłym roku. Zrobię! Zawzięłam się!

Potencjał jest niesamowity, a niezagospodarowanego terenu – wyjątkowo dużo. Dlaczego warto się nimi zająć? Wpływ terenów zielonych na dobrostan mieszkańców jest oczywisty – poprawia się stan zdrowia, długość życia, komfort psychiczny, odczuwanie bezpieczeństwa. Odpowiednio wkomponowane tereny zieleni tworzą przestrzeń przyjazną wszystkim mieszkańcom – także tym w podeszłym wieku. Wskazują na to autorzy publikacji Miasto dla wszystkich. Szkice o przestrzeni publicznej w perspektywie starzenia się społeczeństwa. Rozpoznając potrzeby i ograniczenia starzejących się ludzi, a zatem uwzględniając zarówno fizyczne, jak i psychiczne zmiany związane z wiekiem, badacze zwracają uwagę na konieczność projektowania przyjemnej i wygodnej przestrzeni publicznej w mieście. Nawet niewielki pas zieleni odgradzający chodnik nie jest bez znaczenia – może ułatwiać poruszanie się po mieście, bo stanowi barierę akustyczną i wizualną, buduje poczucie bezpieczeństwa, pomaga oswajać okolicę, sprawia, że jest ona bardziej kameralna.

Badacze przekonują, że „ogrodoterapia” będzie jeszcze skuteczniejsza, jeśli starsi ludzie będą ją uprawiać samodzielnie. Nie chodzi bowiem tylko o „twarde” działania z kręgu dużych inwestycji architektoniczno-urbanistycznych, ale też o lokalną aktywizację społeczną. Warto zwrócić uwagę na popularność ruchu miejskiego ogrodnictwa – formuły skierowanej do wszystkich mieszkańców miasta (np. warszawskie inicjatywy: Ogród Powszechny, Zielony Jazdów, Miasto i Ogród w Norblinie). Samodzielne uprawianie rabat ma znaczenie zdrowotne. Oprócz tego, że człowiek jest w w ruchu, kontempluje naturę: zyskuje kontakt z różnymi fakturami, barwami, kształtami, ma możliwość oglądania, słuchania, wąchania, dotykania ziemi, roślin, wody. Specjalne, tworzone przez niego kompozycje mogą mieć działanie terapeutyczne. Sadzenie rabat we własnej okolicy to wreszcie okazja do spotkania – zarówno z bliskimi, jak i nieznajomymi osobami. Dzięki temu umacniają się więzi między mieszkańcami, wzrasta pozytywne nastawienie do danego miejsca i lokalnej społeczności.

3

Tak rozumiana przestrzeń publiczna jest polityczna – może oznaczać pewną skuteczność wpływania na relacje społeczne. Projekty kulturalne w niej realizowane wynikają z traktowania kultury jako twórczej działalności w kręgu lokalnych społeczności i środowisk. Kultura staje się narzędziem do przeprowadzania zmian społecznych, dzięki którym peryferyjna grupa może zabrać głos i odzyskać podmiotowość. Właśnie taki charakter ma grudziądzki projekt. W jego ramach seniorzy mogą wyjść z domu, sami stworzyć okazję i przestrzeń do spotkania. To odpowiedź na realny problem. Zofia ubolewała bowiem, że wiele ludzi w starszym wieku zamyka się w domu, wychodzi z niego raz na tydzień, potem coraz rzadziej, w końcu – raz na trzy tygodnie. „Gdyby-coś-się-działo”, powtarzają jak zaklęcie. – A co chcielibyście, żeby się działo – pyta ich Zofia. – No, może jakiś ruch na świeżym powietrzu. I stąd się to bierze. Wtedy zaczynam myśleć, co by tych ludzi mogło z domów wyciągnąć i ucieszyć. Okazuje się, że chcą wychodzić, chcą robić coś sensownego, chcą być pożyteczni – stwierdza Zofia. Jako liderka działań stara się skupiać na procesie współtworzenia projektu, w mniejszym stopniu na jego efekcie: – Dlaczego chcę to robić, po co to robię? Dla siebie to robię. A to wszystko, co się dzieje wokół, to jest wspólne, wynika z racji tego, że ludziom się chce. Chce się przyjść i tak spędzać czas. A to jest dobre nawet jesienią i zimą – a to w jednej kawiarence, a to w drugiej, a to na sali, na podwórku, a to u jednej pani w domu. Zawsze kawa, ciasteczko. I gadamy, gadamy, gadamy. W zasadzie tej roboty to wyjdzie na trzy godziny, a cała otoczka wokół niej – to to jest ważne.

Co ciekawe, takiego podejścia Zofia nauczyła się na spotkaniach z animatorami z Towarzystwa „ę” podczas dwóch warsztatów organizowanych w Warszawie dla wszystkich uczestników programu. – Ja jestem z gatunku tych ludzi, którzy, gdy mają jakiś cel do osiągnięcia, to idą najszybciej i po prostej, zapominając, że ludzie lubią jednak powoli – przyznaje Zofia. – Wie pani, gonienie króliczka okazuje się ważniejsze niż jego złapanie. Tego się właśnie na warsztatach dowiedziałam i nauczyłam. Nie pędź tak, nie ma powodu. Spokojnie. Zrób z tego święto. Celebruj. Ci ludzie potrzebują się spotkać. Przekonać się, że warto wyjść z domu, że warto wypielić ten ogródek.

4

Zofia dobrze wspomina współpracę z „ę”, zwłaszcza wspomniane warsztaty w Warszawie: – A! Podobało mi się tam! Wszystko! – ożywia się. – Gromadnie, taka mała burza mózgów. Każdy coś mówi, każdy coś podpowiada. Czy coś bym zmieniła? Chciałabym jeszcze bardziej ludzi pootwierać. Byli tacy nieśmiali, bez wiary w to, że to, co powiedzą, to nie będzie śmieszne, nikt tego nie wykpi. Prowadzący warsztaty tak powolutku, małymi krokami, zaczęli z nimi pracować. Myślałam, że takie rzeczy załatwia się jednym-dwoma spotkaniami, a to nie. To trzeba powolutku.

Oprócz warsztatów w Warszawie, uczestnicy programu mogą korzystać ze wsparcia tzw. Latającego Animatora Kultury z „ę”, ale Zofia nie mogła wycelować z terminem dla tego, jak go określa, Latającego Holendra. Jest za to w stałym kontakcie z Karoliną Plutą, animatorką indywidualnie wspierającą projekt. – Pani Karolina to mnie inspiruje jednym hasłem. Ciągle mówi: zadbaj o siebie – opowiada Zofia. – Mam poskładać ludzi, a sama tylko dać info co i gdzie. W sumie, gdybym tych ludzi policzyła, to ja uzbierałam około siedemdziesięciu osób. Niektóre się powtarzają, przychodzą jeszcze raz. Na przykład tych czterech – przychodzą kolejny raz, po prostu polubili to, chcą tu być. Ten, co tu zdjęcia robi, Stasiu, bardzo mi pomagał. Dwa bloki z ulotkami obleciał. Myślę, że oni, jak ja już to zakończę, sami zostaną małymi liderami i dalej będą to robić. Ja w to wierzę.

***

5

– Nieee, Kaziu, nie spóźniłeś się! Zaraz tu drzewka przyjadą, rozładujemy je, Ela już wbija paliki. Jeszcze musimy zjeść kiełbaskę, piwko wypić, no. Młody, a ty się znowu za lekko ubrałeś. Zaraz będziesz chory!

23 kwietnia 2016 roku Zofia organizuje kolejną „zieloną” akcję. Tym razem jest to duże zadanie przy ulicy Kasprzyckiego w Grudziądzu: sadzenie zieleni na osiedlowym rondzie i jednej rabacie. Akcja zaczyna się o godzinie 11, wcześniej niż planowano, z obawy przed deszczem. Jest już kilkanaście starszych osób, o 12 dociera jeszcze więcej, przyłączają się dwie młode mieszkanki osiedla, w tym jedna w kozakach na wysokich obcasach.

 

– A ja – mówi Kaziu – dostałem cynk od żony, że mogę iść lekko ubrany, bo jest ciepło. – No dobrze, rękawiczki, Kaziu, pod słupem, pod latarnią leżą. Do pracy!

 

W działaniach mieszkańców widać ogromny zapał i zaangażowanie. Są nastawieni przede wszystkim na cel, ale też na integrację, na przykład przy grillu i narzekaniu na władze miasta. Zofia jest wyjątkowo otwartą, skuteczną liderką. Mówi, że wciąż uczy się procesu tworzenia pewnej wspólnoty ludzi – jak się okazuje, z pozytywnym skutkiem. Typ promowanych przez nią działań jest okazją do bycia razem – budowania zaufania społecznego i poczucia zaangażowania wobec siebie nawzajem, a także wobec otoczenia. Mieszkańcy w czasie akcji przy ulicy Kasprzyckiego żartobliwie kojarzą swoją inicjatywę z czynem społecznym. Jakkolwiek nie traktują poważnie jej ewentualnych źródeł w przedwojennym socjalizmie, wytwarza się między nimi niesamowita energia: – Ktoś mówi: a jeszcze to, a jeszcze to. W zasadzie to wszystko samo się dzieje!. Idziemy, bierzemy łopaty, grabie, sadzimy!

 

Działania grudziądzkich seniorów przełamują stereotypy wiekowe, które utrwalają obraz starszej osoby jako takiej, która nie posiada już żadnych idei, traci łączność z ludźmi, nie przejawia entuzjazmu dla zebrań towarzyskich, zwłaszcza międzypokoleniowych. Seniorzy w Grudziądzu reagują zgoła inaczej: – A, robimy sobie selfie! Młody, gdzie, co ja mam nacisnąć? Czego ty ode mnie wymagasz? – Zosia, zrób zdjęcie, wrzucimy na naszą stronę! Tylko musisz jeszcze opis dodać. Ja cię nauczę!

„Seniorzy w akcji” sami wcielają się w animatorów kultury. W kontrze do arogancji władzy, traktującej ich przedmiotowo, aktywnie wpływają na otaczającą ich rzeczywistość i zachęcają do tego innych – z nadzieją na trwałe zmiany społeczne.

tekst: Martyna Miernecka

fot.A.Liminowicz

">

Newsletter