Chłopaki zza wysokich murów

„Jak do zakładu karnego przychodzi młoda dziewczyna, to oni albo stroszą pióra, albo po prostu wstydzą się i wycofują. A jak przychodzi starsza pani, to przed kim mają się wstydzić? I wtedy nawiązuje się relacja, prawie rodzicielska”.

Rozmowa z Małgorzatą Winter i Haliną Czarnocką, animatorkami projektu „Senior w akcji resocjalizacji”

bydgoszcz_swa_3

Małgorzata: Podstawowa zasada to nie pytać, za co siedzą.

Martyna: Nie wypada?

Małgorzata: Dla mnie to po prostu nie jest ważne. Wiadomo, coś zrobili. Czasami sami opowiadają, czasami żartują. Jednego koledzy chwalili, że nie ma samochodu, którego by nie otworzył i że pracował nawet w Hiszpanii. Inny dostał 22 lata za bicie euro i złotówek. Ale raczej niechętnie mówią o tym, co ich zagnało za mury więzienia. To znaczy zakładu karnego.

Nie mówi się: więzienie?

M.W.: – Nie. Używa się określenia osadzeni. Czyli czasowo pozbawieni wolności, ale na pewno nie godności. W opinii publicznej i tak mają już wystarczająco zły PR. My mówimy: chłopaki zza wysokiego muru.

Większość ludzi woli raczej nie wchodzić w relacje z osadzonymi.

M.W.: – Ostatnio słuchałam w radiu wywiadu z Elżbietą Krakowską, rzeczniczką prasową Dyrektora Generalnego Służby Więziennej. Mówiła o tym, że w społeczeństwie utrwalony jest wizerunek osadzonego jako bandyty, człowieka zdegenerowanego, pozbawionego wyższych uczuć, dlatego tak trudno jest wrócić po wyjściu z zakładu karnego  do normalnego życia. Wszystkich wrzucamy do jednego worka. Brakuje nam zaufania i empatii. Najlepiej jakby kara była dożywotnia i to o chlebie i wodzie. A przecież za wysokie mury można trafić z różnych przyczyn.

A wy osadzonych zapraszacie do swojej pracowni. Wspólnie gotujecie, lepicie z gliny. Czasem idziecie do teatru czy opery.

M.W.: – Od wielu lat działam społecznie. Ostatnio bardzo związałam się ze Starym Fordonem – dzielnicą Bydgoszczy. Kiedyś to było autonomiczne miasteczko. Głównymi elementami rynku jest kościół i zakład karny. W 2015 roku organizowaliśmy tam wspólnie z Yachem Paszkiewiczem warsztaty animacji filmowych.  Po zajęciach siedzieliśmy z Yachem na rynku na ławeczce. Siedzimy tak na tej ławce, palimy i gapimy się na zakład karny zakład. W pewnym momencie Yach mówi: „Fajnie by było tam zrobić  film kryminalny albo może wideoklip. Masz pomysł jak się tam dostać?”. Znałam już trochę tych facetów, bo osadzeni przychodzili remontować Cafe Rynek i Warsztat, w których organizowałam różne wydarzenia. Byli sympatyczni, grzeczni, inteligentni. I to mnie intrygowało: kto tam siedzi za tym wysokim murem. Kiedy wróciłam do domu, trafiłam na artykuł o Marii Dabrowskiej, która w zakładach karnych organizowała projekt „Książka w Pudle” .Pomyślałam: „książaki OK”, ale może trzeba iść dalej. W nocy zadzwoniłam do Yacha i powiedziałam, że mam pomysł, jak przekroczyć wysoki mur, bez wyroku.

Tak zaczął się projekt „Kultura w pudle”?

M.W.: – Cztery bloki tematyczne: muzyka, teatr, sztuki wizualne, film. Dofinansowanie dostaliśmy z programu „Kultura Dostępna”. Czego to my razem nie robiliśmy: koncerty, warsztaty twórcze, filmowe, wypady do opery, teatru, kina, wycieczki za miasto. Pomysłów było mnóstwo.

Ale początki trudne.

M.W.: – Gdybym na pierwszą wizytę w zakładzie karnym nie zabrała mojego syna, to nic by się chyba nie udało. Wychowawca, który odbierał nas z bramki,  spojrzał na niego: „Ja cię chyba znam”. Andrzej cały zesztywniał. Ale okazało się, że wychowawca jest sędzią koszykówki, a mój syn od lat trenował. Czyli znali się z boiska. Ulżyło mi i przestało być tak zupełnie obco.

A potem?

M.W.: – Potem była rozmowa w gabinecie z dyrekcją zakładu, bardzo poważna. Już myślałam, że rzucę to wszystko i nic nie będę robić, bo wzięto nas za artystów, którzy chcą wykorzystać osadzonych do własnych celów artystycznych. Ale my chcieliśmy, żeby oni sami działali, dostali szansę poznania różnych rzeczy, nie tylko muzy w radiu czy telewizji. Chcieliśmy zabrać ich do opery, teatru czy na Camerimage. Po 1,5 godzinnym spotkaniu w gabinecie dyrekcji wreszcie wylądowaliśmy w świetlicy, gdzie czekała na nas grupa osadzonych. Pierwszym działaniem miały być warsztaty tworzenia wideoklipu z Yachem Paszkiewiczem i Olą Wójcik. Zaproponowaliśmy zrobienie klipu do pioseneki Tymona Tymańskiego. Chłopaki wybrali utwór „Mam zero na koncie”.

Wymowny tytuł.

M.W.: – Osadzeni też tak zareagowali. Ale było drętwo i to bardzo. Nic się nie kleiło. Patrzyliśmy na siebie z tzw. „byka”. Gotowi do ataku. Zaczęłam tłumaczyć, że to przecież nie musi chodzić o pieniądze, ale też o przyjaźnie i inne wartości. I wtedy mój syn wypalił prosto z mostu: „Matka, co ty gadasz? No przecież oni nie siedzą tu za to, że nie mieli przyjaciół, tylko dlatego, że kradli czy oszukali. Jak pieniądze mogą nie być dla nich ważne…”. I na to wszyscy wybuchają śmiechem. Lody zostały przełamane.

Co było dalej?

M.W.: – Początkowo chodziłyśmy do zakładu karnego i tam organizowałyśmy warsztaty. Ale to było trudne, bo jak zrobić np. gotowanie, jak nie można wnieść noża? A chciałyśmy robić  bardziej ambitne warsztaty z zakresu sztuk wizualnych i rzemiosła artystycznego, np. witraże, ceramikę. Cały sprzęt i materiały musiałyśmy przetargać przez kilka bramek. Raz pożyczyłyśmy nawet wózek z Biedronki, żeby to zrobić. Dążyłyśmy do tego, żeby to osadzeni przychodzili do naszej pracowni. Raz, że wygodniej, a dwa, że oni sami czują się tu swobodniej. Są poza zakładem karnym, oddychają innym powietrzem, czują się normalnie, nie tak jak w świetlicy zakładowej, która wiadomo, że salonem spa nie jest.

To stąd wziął się „Senior w akcji resocjalizacji”?

M.W.: – Projekt się rozwinął, włączało się coraz więcej osób. Dołączyła Halina Czarnocka i inni studenci Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Z Halinką współpracowałyśmy już przy innych projektach. Ciągle szukamy pieniędzy w różnych miejscach i stąd zgłoszenie do programu Towarzystwa Inicjatyw Twórczych „ę” „Seniorzy w akcji”.

H.Cz.: – Wiedziałyśmy, że przerwanie tego projektu to najgorsza rzecz. Nie tylko dla nas, ale przede wszystkim dla osadzonych, dla których te spotkania stały się ważnym momentem w dość monotonnej codzienności.

Kto przychodzi na wasze spotkania?

H.Cz.: – Z wychowawcą ustalamy terminy i tematy zajęć. Osadzeni sami zgłaszają się na wybrane zajęcia. Nie ma przymusu. Ale prawie zawsze jest „full”. Nie wszyscy mogą wychodzić na zewnątrz. Dla nich organizujemy koncerty i zajęcia na terenie zakładu.

Przychodzą i co się dzieje?

H.Cz.: – Czasem zabieramy ich do teatru, a czasami do opery. Kupiłyśmy ostatnio z budżetu projektu bilety na „Cyrulika sewilskiego”. Wybrałyśmy operę komiczną, żeby nie było tego zabijania i tych wszystkich tragedii, które są w „Rigoletcie” czy Traviacie”. Jeden z osadzonych opowiadał: „Myślałem, że do opery to trzeba ubrać jakiś smoking, frak, a tu niektórzy w swetrach przyszli”. Większość tych chłopaków była w operze pierwszy raz w życiu, mimo że nasze miasto z niej słynie.

M.W.: Najczęściej wymyślamy jednak różne warsztaty tzw. kreatywne, bo prace ręczne sprzyjają ogólnemu rozwojowi, intelektualnemu też. Halinka uczy ich gotować. Warsztaty kulinarne cieszą się dużym powodzeniem. Gotujemy różne potrawy od kwaśnicy po własnoręcznie lepione pierogi.  Wspólna wigilia to obowiązkowe 12 dań. Halinka tego pilnuje. Ale jest też gotowanie bardziej artystyczne np. ze znaną artystką Dorotą Podlaską i wtedy chłopaki wyżywają się kulinarnie i artystycznie.

Nie burzą się, że to babskie zajęcie?

M.W.: – Nie, oni to uwielbiają. Zresztą przewijają się tu zawodowi kucharze, kelnerzy z Londynu. Ostatnio dwóch kucharzy się w grupie trafiło. Ugotowali świetną kwaśnicę, a reszta lepiła pierogi. Na drugi raz wymyślili sobie, że zrobią placki po węgiersku, taki ziemniaczane z gulaszem. Kupiłyśmy ziemniaki, wszystkie składniki, ale okazało się, że przyszła inna grupa. Osadzeni z długimi wyrokami nie siedzą w jednym miejscu, są często przenoszeni do innych zakładów. Raz na kulinarnych warsztatach byłam sama., Halinka musiała wyjechać, reszta dziewczyn też. Rozglądam się po nowej ekipie, prawie nikogo nie znam i pytam: „No i co teraz będzie?”. Jeden mówi: „Spoko, spoko, mamy tu kucharza”. Pytam, który to. Wychyla się pan w średnim wieku i mówi z powagą: „Z wykształcenia jestem kucharzem, ale wykonuję zawód dekarza”. A po chwili: „No ale chyba dam radę”. Tak mnie to rozbawiło. A obiad się udał.

H.Cz.: – Przed wigilią mieliśmy spotkanie opłatkowe. Panowie poustawiali stoły, nakryli je białym obrusem. Zjedliśmy rzeczy, które sami przyrządzili.

M.W.: – Świetny wieczór. Halinka siedzi na środku i pyta, jak im się w operze podobało. Wywiązała się poważna rozmowa o sztuce. A potem wszyscy się zastanawiali, na co się teraz do teatru wybierzemy. Obok mnie siedzi szef wychowawców i mówi: „Uszczypnijcie mnie, nikt mi nie uwierzy! Siedzę z osadzonymi przy stole, gadamy o operze i zastanawiamy się, na co pójdziemy do teatru!”. A jak się z nami żegnał, to dodał, że robimy super robotę.

Osadzeni się otwierają dzięki tym spotkaniom?

M.W.: – Jeden z wychowawców powiedział nam, że  dobrze na nich działamy, bo widzi uśmiechy na twarzach. Na niektórych organizowanych zajęciach czy spotkaniach, bo zakład karny sam też organizuje rożne wydarzenia, potrafią przesiedzieć półtorej godziny bez żadnych reakcji. Zero okazywania emocji. A u nas jest wesoło. Kiedy w świetlicy zakładu karnego wystąpił w świetlicy kabaret seniorów „Galimatias”, to był głośny śmiech, tańce i oklaski. Chłopaki uwielbiają  zespół „DagaDana”, który już dwa razy gościł na dziedzińcu zakładu. Co prawda do seniorek jeszcze się dziewczyny nie zaliczają, ale przyjeżdżają na nasze zaproszenie.  Na dziedzińcu wystąpiło już wielu świetnych muzyków. I mamy w planach zapraszać kolejnych.

H.Cz.: – Innym razem zrobiłyśmy rajd rowerowy do Ostromecka. To jakieś 7 km od Fordonu. Piękne miejsce, z parkiem, pałacem, kolekcją zabytkowych fortepianów. Kustosz nas oprowadził, potem panowie zostali ugoszczeni w tzw. sali zimowej. To sala bankietowa, były białe obrusy, kawa, wyciągnęłyśmy bułeczki z masłem, sałatą, szyneczką, które wcześniej przygotowałyśmy.

M.W.: – I tam nam się objawił kolejny efekt tego projektu.

Jaki?

M.W.: – To jest zakład dla recydywistów, tu są wysokie wyroki, od 8 lat w górę. Niektórzy panowie, którzy mają teraz po 30 czy 40 lat, gdy wyjdą, będą bliżej sześćdziesiątki. Dzięki nam widzą, że osoby starsze to nie są stetryczałe staruszki, stojące nad grobem, ale aktywni, twórczy ludzie.

H.Cz.: – Przed tym rajdem chłopaki się śmiali, że jak z seniorami, to trzeba będzie powoli jechać. A ja mam koleżankę, 65 lat, która codziennie robi stówę na rowerze i nawet się nie spoci. To są młodzi, muskularni faceci, ale dzięki tym spotkaniom patrzą na nas, starsze panie, zupełnie inaczej.

M.W.: – Przy realizacji projektów w zakładzie karnym współpracuję również z młodymi  artystami, czasami studentami. Kiedy pojawia się młoda dziewczyna, chłopaki trochę się wstydzą , bo ich sytuacja nie jest „luksusowa”. Kiedy pojawiamy się my, panie 60 plus, to tak jakby przyszła mama lub babcia. I wtedy ten wstyd jest mniejszy. Szybciej nawiązujemy kontakt. Chłopaki czują się bardziej swobodnie.Między nami nawiązuje się relacja, prawie rodzicielska.

H.Cz.: – Po wyjściu z zakładu karnego jeden nawet tu do nas zajrzał, tak sam z siebie.

Co jeszcze was łączy?

H.Cz.: – Dużo wolnego czasu. W Polsce narzeka się na czytelnictwo, ale to właśnie emeryci i osadzeni czytają najwięcej. Przez lata pracowałam w biurze architektonicznym, później w gastronomii. Gdy przeszłam na emeryturę, po prostu nie starczyło mi cierpliwości, żeby siedzieć w domu. W styczniu skończyłam pracę, a w lutym byłam już studentką Uniwersytetu Trzeciego Wieku. To tu poznałam osoby, z którymi dzisiaj tworzę projekty.

Jak było z „Seniorem w akcji resocjalizacji”?

H.Cz.: – Moim zdaniem najważniejszy jest pomysł. Potem trzeba przejść przez sito różnych rozmów kwalifikacyjnych, które organizowało Towarzystwo Inicjatyw Twórczych „ę”. Projekt musi być użyteczny społecznie, trzeba też wywiązać się z reżimu budżetowego, to odpowiedzialność.

Po co się to robi?

H.Cz.: – Spotkałam ostatnio koleżankę ze szkoły średniej. Ona mówi: „Chodź na kawę”. A ja mówię, że nie mam czasu, bo lecę jeszcze do Fordonu. „Po co ty to robisz?”. Dobre pytanie. Po prostu chcę coś zrobić. Moje wnuki mają po 16 lat, nigdy się zresztą nimi nie opiekowałam jako babcia. Dzieci mają rodziców. Działki nie lubię, bo nie znoszę się schylać i grzebać w ziemi. Poza tym ja kocham być wśród ludzi. I to różnych ludzi.

 

bydgoszcz_swa_7 bydgoszcz_swa_10 bydgoszcz_swa_11 bydgoszcz_swa_16 bydgoszcz_swa_17 bydgoszcz_swa_18 bydgoszcz_swa_19 bydgoszcz_swa_22 bydgoszcz_swa_25

tekst: Martyna Śmigiel

zdjęcia: Alicja Szulc

Data wpisu
06.08.2019

Zobacz także:

bydgoszcz_swa_3

Małgorzata: Podstawowa zasada to nie pytać, za co siedzą.

Martyna: Nie wypada?

Małgorzata: Dla mnie to po prostu nie jest ważne. Wiadomo, coś zrobili. Czasami sami opowiadają, czasami żartują. Jednego koledzy chwalili, że nie ma samochodu, którego by nie otworzył i że pracował nawet w Hiszpanii. Inny dostał 22 lata za bicie euro i złotówek. Ale raczej niechętnie mówią o tym, co ich zagnało za mury więzienia. To znaczy zakładu karnego.

Nie mówi się: więzienie?

M.W.: – Nie. Używa się określenia osadzeni. Czyli czasowo pozbawieni wolności, ale na pewno nie godności. W opinii publicznej i tak mają już wystarczająco zły PR. My mówimy: chłopaki zza wysokiego muru.

Większość ludzi woli raczej nie wchodzić w relacje z osadzonymi.

M.W.: – Ostatnio słuchałam w radiu wywiadu z Elżbietą Krakowską, rzeczniczką prasową Dyrektora Generalnego Służby Więziennej. Mówiła o tym, że w społeczeństwie utrwalony jest wizerunek osadzonego jako bandyty, człowieka zdegenerowanego, pozbawionego wyższych uczuć, dlatego tak trudno jest wrócić po wyjściu z zakładu karnego  do normalnego życia. Wszystkich wrzucamy do jednego worka. Brakuje nam zaufania i empatii. Najlepiej jakby kara była dożywotnia i to o chlebie i wodzie. A przecież za wysokie mury można trafić z różnych przyczyn.

A wy osadzonych zapraszacie do swojej pracowni. Wspólnie gotujecie, lepicie z gliny. Czasem idziecie do teatru czy opery.

M.W.: – Od wielu lat działam społecznie. Ostatnio bardzo związałam się ze Starym Fordonem – dzielnicą Bydgoszczy. Kiedyś to było autonomiczne miasteczko. Głównymi elementami rynku jest kościół i zakład karny. W 2015 roku organizowaliśmy tam wspólnie z Yachem Paszkiewiczem warsztaty animacji filmowych.  Po zajęciach siedzieliśmy z Yachem na rynku na ławeczce. Siedzimy tak na tej ławce, palimy i gapimy się na zakład karny zakład. W pewnym momencie Yach mówi: „Fajnie by było tam zrobić  film kryminalny albo może wideoklip. Masz pomysł jak się tam dostać?”. Znałam już trochę tych facetów, bo osadzeni przychodzili remontować Cafe Rynek i Warsztat, w których organizowałam różne wydarzenia. Byli sympatyczni, grzeczni, inteligentni. I to mnie intrygowało: kto tam siedzi za tym wysokim murem. Kiedy wróciłam do domu, trafiłam na artykuł o Marii Dabrowskiej, która w zakładach karnych organizowała projekt „Książka w Pudle” .Pomyślałam: „książaki OK”, ale może trzeba iść dalej. W nocy zadzwoniłam do Yacha i powiedziałam, że mam pomysł, jak przekroczyć wysoki mur, bez wyroku.

Tak zaczął się projekt „Kultura w pudle”?

M.W.: – Cztery bloki tematyczne: muzyka, teatr, sztuki wizualne, film. Dofinansowanie dostaliśmy z programu „Kultura Dostępna”. Czego to my razem nie robiliśmy: koncerty, warsztaty twórcze, filmowe, wypady do opery, teatru, kina, wycieczki za miasto. Pomysłów było mnóstwo.

Ale początki trudne.

M.W.: – Gdybym na pierwszą wizytę w zakładzie karnym nie zabrała mojego syna, to nic by się chyba nie udało. Wychowawca, który odbierał nas z bramki,  spojrzał na niego: „Ja cię chyba znam”. Andrzej cały zesztywniał. Ale okazało się, że wychowawca jest sędzią koszykówki, a mój syn od lat trenował. Czyli znali się z boiska. Ulżyło mi i przestało być tak zupełnie obco.

A potem?

M.W.: – Potem była rozmowa w gabinecie z dyrekcją zakładu, bardzo poważna. Już myślałam, że rzucę to wszystko i nic nie będę robić, bo wzięto nas za artystów, którzy chcą wykorzystać osadzonych do własnych celów artystycznych. Ale my chcieliśmy, żeby oni sami działali, dostali szansę poznania różnych rzeczy, nie tylko muzy w radiu czy telewizji. Chcieliśmy zabrać ich do opery, teatru czy na Camerimage. Po 1,5 godzinnym spotkaniu w gabinecie dyrekcji wreszcie wylądowaliśmy w świetlicy, gdzie czekała na nas grupa osadzonych. Pierwszym działaniem miały być warsztaty tworzenia wideoklipu z Yachem Paszkiewiczem i Olą Wójcik. Zaproponowaliśmy zrobienie klipu do pioseneki Tymona Tymańskiego. Chłopaki wybrali utwór „Mam zero na koncie”.

Wymowny tytuł.

M.W.: – Osadzeni też tak zareagowali. Ale było drętwo i to bardzo. Nic się nie kleiło. Patrzyliśmy na siebie z tzw. „byka”. Gotowi do ataku. Zaczęłam tłumaczyć, że to przecież nie musi chodzić o pieniądze, ale też o przyjaźnie i inne wartości. I wtedy mój syn wypalił prosto z mostu: „Matka, co ty gadasz? No przecież oni nie siedzą tu za to, że nie mieli przyjaciół, tylko dlatego, że kradli czy oszukali. Jak pieniądze mogą nie być dla nich ważne…”. I na to wszyscy wybuchają śmiechem. Lody zostały przełamane.

Co było dalej?

M.W.: – Początkowo chodziłyśmy do zakładu karnego i tam organizowałyśmy warsztaty. Ale to było trudne, bo jak zrobić np. gotowanie, jak nie można wnieść noża? A chciałyśmy robić  bardziej ambitne warsztaty z zakresu sztuk wizualnych i rzemiosła artystycznego, np. witraże, ceramikę. Cały sprzęt i materiały musiałyśmy przetargać przez kilka bramek. Raz pożyczyłyśmy nawet wózek z Biedronki, żeby to zrobić. Dążyłyśmy do tego, żeby to osadzeni przychodzili do naszej pracowni. Raz, że wygodniej, a dwa, że oni sami czują się tu swobodniej. Są poza zakładem karnym, oddychają innym powietrzem, czują się normalnie, nie tak jak w świetlicy zakładowej, która wiadomo, że salonem spa nie jest.

To stąd wziął się „Senior w akcji resocjalizacji”?

M.W.: – Projekt się rozwinął, włączało się coraz więcej osób. Dołączyła Halina Czarnocka i inni studenci Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Z Halinką współpracowałyśmy już przy innych projektach. Ciągle szukamy pieniędzy w różnych miejscach i stąd zgłoszenie do programu Towarzystwa Inicjatyw Twórczych „ę” „Seniorzy w akcji”.

H.Cz.: – Wiedziałyśmy, że przerwanie tego projektu to najgorsza rzecz. Nie tylko dla nas, ale przede wszystkim dla osadzonych, dla których te spotkania stały się ważnym momentem w dość monotonnej codzienności.

Kto przychodzi na wasze spotkania?

H.Cz.: – Z wychowawcą ustalamy terminy i tematy zajęć. Osadzeni sami zgłaszają się na wybrane zajęcia. Nie ma przymusu. Ale prawie zawsze jest „full”. Nie wszyscy mogą wychodzić na zewnątrz. Dla nich organizujemy koncerty i zajęcia na terenie zakładu.

Przychodzą i co się dzieje?

H.Cz.: – Czasem zabieramy ich do teatru, a czasami do opery. Kupiłyśmy ostatnio z budżetu projektu bilety na „Cyrulika sewilskiego”. Wybrałyśmy operę komiczną, żeby nie było tego zabijania i tych wszystkich tragedii, które są w „Rigoletcie” czy Traviacie”. Jeden z osadzonych opowiadał: „Myślałem, że do opery to trzeba ubrać jakiś smoking, frak, a tu niektórzy w swetrach przyszli”. Większość tych chłopaków była w operze pierwszy raz w życiu, mimo że nasze miasto z niej słynie.

M.W.: Najczęściej wymyślamy jednak różne warsztaty tzw. kreatywne, bo prace ręczne sprzyjają ogólnemu rozwojowi, intelektualnemu też. Halinka uczy ich gotować. Warsztaty kulinarne cieszą się dużym powodzeniem. Gotujemy różne potrawy od kwaśnicy po własnoręcznie lepione pierogi.  Wspólna wigilia to obowiązkowe 12 dań. Halinka tego pilnuje. Ale jest też gotowanie bardziej artystyczne np. ze znaną artystką Dorotą Podlaską i wtedy chłopaki wyżywają się kulinarnie i artystycznie.

Nie burzą się, że to babskie zajęcie?

M.W.: – Nie, oni to uwielbiają. Zresztą przewijają się tu zawodowi kucharze, kelnerzy z Londynu. Ostatnio dwóch kucharzy się w grupie trafiło. Ugotowali świetną kwaśnicę, a reszta lepiła pierogi. Na drugi raz wymyślili sobie, że zrobią placki po węgiersku, taki ziemniaczane z gulaszem. Kupiłyśmy ziemniaki, wszystkie składniki, ale okazało się, że przyszła inna grupa. Osadzeni z długimi wyrokami nie siedzą w jednym miejscu, są często przenoszeni do innych zakładów. Raz na kulinarnych warsztatach byłam sama., Halinka musiała wyjechać, reszta dziewczyn też. Rozglądam się po nowej ekipie, prawie nikogo nie znam i pytam: „No i co teraz będzie?”. Jeden mówi: „Spoko, spoko, mamy tu kucharza”. Pytam, który to. Wychyla się pan w średnim wieku i mówi z powagą: „Z wykształcenia jestem kucharzem, ale wykonuję zawód dekarza”. A po chwili: „No ale chyba dam radę”. Tak mnie to rozbawiło. A obiad się udał.

H.Cz.: – Przed wigilią mieliśmy spotkanie opłatkowe. Panowie poustawiali stoły, nakryli je białym obrusem. Zjedliśmy rzeczy, które sami przyrządzili.

M.W.: – Świetny wieczór. Halinka siedzi na środku i pyta, jak im się w operze podobało. Wywiązała się poważna rozmowa o sztuce. A potem wszyscy się zastanawiali, na co się teraz do teatru wybierzemy. Obok mnie siedzi szef wychowawców i mówi: „Uszczypnijcie mnie, nikt mi nie uwierzy! Siedzę z osadzonymi przy stole, gadamy o operze i zastanawiamy się, na co pójdziemy do teatru!”. A jak się z nami żegnał, to dodał, że robimy super robotę.

Osadzeni się otwierają dzięki tym spotkaniom?

M.W.: – Jeden z wychowawców powiedział nam, że  dobrze na nich działamy, bo widzi uśmiechy na twarzach. Na niektórych organizowanych zajęciach czy spotkaniach, bo zakład karny sam też organizuje rożne wydarzenia, potrafią przesiedzieć półtorej godziny bez żadnych reakcji. Zero okazywania emocji. A u nas jest wesoło. Kiedy w świetlicy zakładu karnego wystąpił w świetlicy kabaret seniorów „Galimatias”, to był głośny śmiech, tańce i oklaski. Chłopaki uwielbiają  zespół „DagaDana”, który już dwa razy gościł na dziedzińcu zakładu. Co prawda do seniorek jeszcze się dziewczyny nie zaliczają, ale przyjeżdżają na nasze zaproszenie.  Na dziedzińcu wystąpiło już wielu świetnych muzyków. I mamy w planach zapraszać kolejnych.

H.Cz.: – Innym razem zrobiłyśmy rajd rowerowy do Ostromecka. To jakieś 7 km od Fordonu. Piękne miejsce, z parkiem, pałacem, kolekcją zabytkowych fortepianów. Kustosz nas oprowadził, potem panowie zostali ugoszczeni w tzw. sali zimowej. To sala bankietowa, były białe obrusy, kawa, wyciągnęłyśmy bułeczki z masłem, sałatą, szyneczką, które wcześniej przygotowałyśmy.

M.W.: – I tam nam się objawił kolejny efekt tego projektu.

Jaki?

M.W.: – To jest zakład dla recydywistów, tu są wysokie wyroki, od 8 lat w górę. Niektórzy panowie, którzy mają teraz po 30 czy 40 lat, gdy wyjdą, będą bliżej sześćdziesiątki. Dzięki nam widzą, że osoby starsze to nie są stetryczałe staruszki, stojące nad grobem, ale aktywni, twórczy ludzie.

H.Cz.: – Przed tym rajdem chłopaki się śmiali, że jak z seniorami, to trzeba będzie powoli jechać. A ja mam koleżankę, 65 lat, która codziennie robi stówę na rowerze i nawet się nie spoci. To są młodzi, muskularni faceci, ale dzięki tym spotkaniom patrzą na nas, starsze panie, zupełnie inaczej.

M.W.: – Przy realizacji projektów w zakładzie karnym współpracuję również z młodymi  artystami, czasami studentami. Kiedy pojawia się młoda dziewczyna, chłopaki trochę się wstydzą , bo ich sytuacja nie jest „luksusowa”. Kiedy pojawiamy się my, panie 60 plus, to tak jakby przyszła mama lub babcia. I wtedy ten wstyd jest mniejszy. Szybciej nawiązujemy kontakt. Chłopaki czują się bardziej swobodnie.Między nami nawiązuje się relacja, prawie rodzicielska.

H.Cz.: – Po wyjściu z zakładu karnego jeden nawet tu do nas zajrzał, tak sam z siebie.

Co jeszcze was łączy?

H.Cz.: – Dużo wolnego czasu. W Polsce narzeka się na czytelnictwo, ale to właśnie emeryci i osadzeni czytają najwięcej. Przez lata pracowałam w biurze architektonicznym, później w gastronomii. Gdy przeszłam na emeryturę, po prostu nie starczyło mi cierpliwości, żeby siedzieć w domu. W styczniu skończyłam pracę, a w lutym byłam już studentką Uniwersytetu Trzeciego Wieku. To tu poznałam osoby, z którymi dzisiaj tworzę projekty.

Jak było z „Seniorem w akcji resocjalizacji”?

H.Cz.: – Moim zdaniem najważniejszy jest pomysł. Potem trzeba przejść przez sito różnych rozmów kwalifikacyjnych, które organizowało Towarzystwo Inicjatyw Twórczych „ę”. Projekt musi być użyteczny społecznie, trzeba też wywiązać się z reżimu budżetowego, to odpowiedzialność.

Po co się to robi?

H.Cz.: – Spotkałam ostatnio koleżankę ze szkoły średniej. Ona mówi: „Chodź na kawę”. A ja mówię, że nie mam czasu, bo lecę jeszcze do Fordonu. „Po co ty to robisz?”. Dobre pytanie. Po prostu chcę coś zrobić. Moje wnuki mają po 16 lat, nigdy się zresztą nimi nie opiekowałam jako babcia. Dzieci mają rodziców. Działki nie lubię, bo nie znoszę się schylać i grzebać w ziemi. Poza tym ja kocham być wśród ludzi. I to różnych ludzi.

 

bydgoszcz_swa_7 bydgoszcz_swa_10 bydgoszcz_swa_11 bydgoszcz_swa_16 bydgoszcz_swa_17 bydgoszcz_swa_18 bydgoszcz_swa_19 bydgoszcz_swa_22 bydgoszcz_swa_25

tekst: Martyna Śmigiel

zdjęcia: Alicja Szulc

">

Newsletter